dziwna jednak ta Szwecja:
Cytuj:
Zabrali nam dzieci za klapsa
Agnieszka Czajkowska, Szwecja 2008-07-21, ostatnia aktualizacja 2008-07-21 09:40:54.0
Urzędniczka z "socjalu" mówiła, że dla dobra sprawy nie powie, gdzie są dzieci. I że Wolscy powinni poszukać sobie adwokata. Ewa pomyślała, że to jakaś pomyłka. Znowu coś źle zrozumiała po szwedzku.
Szkoła w Karlstad w środkowej Szwecji zainteresowała się Wolskimi już w marcu. W klasie Kamila nauczycielka przeczytała opowiadanie o ojcu, który uderzył syna. Potem zapytała dzieci:
- Może ktoś z was przeżył podobną historię?
Ośmioletni Kamil Wolski nieśmiało podniósł rękę do góry: - Ja też czasami dostaję od mamy i taty.
To był pierwszy sygnał. Potem wuefista zauważył, że Kamil ma jakieś siniaki, ale chłopiec jest bardzo ruchliwy, więc nie był pewien.
Od tamtego czasu Ewa Wolska, mama Kamila, była w szkole kilka razy: - Usłyszałam jedynie, że synowie są zdolni, choć mają kłopoty z adaptacją. Żadnych podejrzeń.
Pod koniec maja szkoła zaalarmowała służby socjalne. Kamila i jego starszego brata Maćka przesłuchały pracownice socjalne. Nagranie z tej rozmowy jest dowodem w sprawie.
No to jedziemy do Szwecji
Lekarska rodzina przyjechała z Polski do Szwecji na trzyletni kontrakt. Wcześniej Piotr, mąż Ewy, uczył się szwedzkiego na kursie z innymi lekarzami z Polski. Ona poznawała język na miejscu.
W Polsce nie było im tak źle.
Ewa: - Ta emigracja to nie dla pieniędzy. Piotrek miał gabinet i robił karierę na uczelni.
Hasło "Szwecja" padło pewnego letniego wieczoru na tarasie wynajętego apartamentu w Chorwacji. Byli na wakacjach nad Adriatykiem. Wolscy i siostra Ewy z rodziną. Ktoś przeczytał artykuł o anestezjologu z Polski, który wyjechał do Szwecji i był zachwycony.
Ewa: - To była szalona myśl: może spróbować, skoro tam tak fajnie? Moja siostra, też lekarka, przekonywała, że jakby co, to mamy do czego wrócić.
Piotr dostał pracę w klinice w małej miejscowości w środkowej Szwecji. Ośmioletni Kamil i dziesięcioletni Maciek poszli tam do szkoły.
Po roku, jak już się trochę oswoili, Ewa zaczęła szukać pracy. Znalazła dobrą ofertę w oddalonym od ich miejscowości o 100 km Karlstad, malowniczym kurorcie nad jeziorem.
Rodzina się rozdzieliła. Ewa z chłopcami zamieszkała w kurorcie nad jeziorem. Maciek i Kamil poszli do nowej szkoły. Piotr widywał żonę i synów tylko w weekendy.
Jesteś dobrą matką
Pod koniec maja Ewa odebrała dziwny telefon. Dzwoniła urzędniczka z "socjalu". Mówiła coś o dzieciach. Że dla dobra sprawy, nie powie, gdzie są. I że Wolscy powinni poszukać sobie adwokata.
W pierwszej chwili pomyślała, że to pomyłka. Znowu coś źle zrozumiała po szwedzku.
Pobiegła do urzędu socjalnego. Tam dowiedziała się, że synów zabrano ze szkoły. Każdy dostał swojego adwokata.
Urzędniczka była bardzo młoda i zdystansowanym tonem oznajmiła: - Policja zarzuca wam, że znęcacie się nad dziećmi. Na razie chłopcy nie wrócą do domu.
Ewa: - Wyszłam stamtąd i usiadłam na chodniku. Zaczęłam ryczeć. Boże, jak ja wrócę do pracy? Co ja powiem Piotrkowi?
Zaczęła się obwiniać: biję Maćka i Kamila? Aż tak, że muszą ich od nas zabierać? Analizowała w nieskończoność - karmiła ich piersią, siedziała z nimi w domu, kiedy Piotrek pisał doktorat, chodziła z nimi na rolki, grała w nogę jak facet.
Szwedzcy koledzy z pracy, widząc jak się męczy, próbowali ją pocieszyć. Zostawiali jej karteczki na biurku: "Ewa, trzymaj się, jesteś przecież dobrą matką".
Szwedzi nie tolerują klapsów
Mecenas Jerzy Misiowiec, od 30 lat pracuje w Sztokholmie: - Sprawa Wolskich jest typowa. Polacy przeżywają tu szok kulturowy. W całej Skandynawii bicie dzieci jest zakazane i traktowane jak przestępstwo. Nie toleruje się nawet klapsów. Nam się wydaje, że klepnięcie w pupę jest niewinne, a w Szwecji za to staje się przed sądem.
Jeśli Szwedzi uznają, że dzieciom dzieje się krzywda, państwo przejmuje nad nimi opiekę. Reguluje to specjalna ustawa o przymusowej opiece państwa. Rodziców biorą pod lupę służby socjalne, które mają prawo tymczasowo odebrać im dzieci. Szukają dla nich rodziny zastępczej na czas wyjaśnienia sprawy przez sąd. Państwo zapewnia dzieciom bezpłatną opiekę prawną.
Mecenas Misiowiec: - Rzadko takie sprawy kończą się powrotem do domu. Szwedzi dają państwu duże przyzwolenie na interwencję w sprawy rodziny.
Szwecja jako pierwsza w Europie wprowadziła w 1979 r. całkowity zakaz bicia dzieci. Jej śladem poszły inne kraje skandynawskie.
Dr Klara Hradilova Selin, socjolog z Rady Zapobiegania Przestępczości w Sztokholmie: - Zanim zaczęło obowiązywać nowe prawo, przez kraj przetoczyła się wielka dyskusja. Szwedzi uważają, że kary fizyczne to najbardziej poniżająca metoda dyscyplinowania dzieci. Świadczy o bezsilności dorosłych i nie daje efektów. A z pozoru niewinny klaps może zamienić się w katowanie. Bo co zrobi rodzic, kiedy zauważy, że klapsy już nie wystarczają?
Dr Hradilova Selin jest przekonana, że zakaz przyniósł efekty: - Mamy coraz mniej poważnych przypadków bicia dzieci, to 6-7 spraw rocznie w całym kraju.
Ze statystyki wynika jednak, że wzrasta liczba zgłoszeń o przemocy w rodzinie. Ale dr Hradilova Selin tłumaczy: - Świadomość społeczna jest większa. Ludzie częściej reagują na niepokojące sygnały. Taki zakaz ma też wymiar symboliczny i zmienia mentalność: to nie jest fajne, że bijesz swoje dziecko.
Tylko patrzył mi w oczy
Yessica ma 26-lat i nie pamięta, żeby rodzice choćby pociągnęli ją za ucho. Pracuje w dużej firmie telekomunikacyjnej. Do stolicy przyjechała z drugiego krańca kraju, z Göteborga. Wychowała się w typowej szwedzkiej rodzinie. Mama, tata i trójka dzieci w małym drewnianym domku z ogrodem. Kiedy córki dorastały, rodzice się rozwiedli. Każde ma dziś nowego partnera.
Yessica: - Nawet nas nie straszyli, że dostaniemy, bo nie wiedziałybyśmy, o co chodzi - śmieje się. - Nie byłyśmy aniołami, to jasne. Kiedy coś przeskrobałam, ojciec tylko patrzył mi w oczy tak znacząco.
Szwedzcy psycholodzy doradzają rodzicom, że w ostateczności mogą mocnej przytrzymać swoje dziecko za ramiona. Tak też robił czasami ojciec Yessiki. To był sygnał, że przesadziła.
Pamięta też długie rozmowy. Rodzice tłumaczyli, czego nie wolno, a co jest słuszne.
Chłopak Yessiki jest po trzydziestce, ale też nie pamięta, żeby kiedykolwiek rodzice go bili. O laniu pasem słyszał od dziadka, którego ojciec karcił w taki sposób. Jego własnego ojca pasem już tylko straszono.
Yessica: - Ale nie myśl, że żyjemy w raju. Co jakiś czas media donoszą o jakimś strasznym przypadku. Najczęściej dzieci tłuką ludzie, którzy piją albo ćpają. Wtedy przez miesiąc mamy tu wielką dyskusję.
Lotta Dagna jest szefową 12-osobowego zespołu pracowników socjalnych, którzy opiekują się rodzinami na peryferiach Sztokholmu. Mówi, że najwięcej zgłoszeń o biciu dzieci przychodzi z policji i ze szkoły. - Zadzwonić może każdy, a my musimy zareagować. Przepisy mówią, że obowiązek zgłoszenia takiej sprawy mają nauczyciele, lekarze, terapeuci, pielęgniarki. Ale dzwonią też zaniepokojeni sąsiedzi.
Dość mam tej Szwecji
Busy służb socjalnych zabrały Maćka i Kamila w piątek po lekcjach. Ewa słyszała na osiedlu, że przyjechali też po dzieci azjatyckie, afrykańskie i arabskie. Pomyślała: jak oni mogli nam to zrobić akurat przed weekendem? Do Karlstad natychmiast przyjechał Piotr.
Mówi niewiele: - Dość mam tej Szwecji. Gdyby nie kontrakt, wsiadłbym w auto i wrócił. To absurdalne. Zabrać dzieci, bo rodzice dali im w tyłek.
Piotr odpowiada szybko i nerwowo. Rozmowa go irytuje: - Przecież my kochamy synów. Nigdy nie zrobilibyśmy im krzywdy.
Od początku to Ewa wzięła sprawę w swoje ręce. Zaalarmowała polski konsulat w Sztokholmie, wydzwaniała do siostry i znajomych w kraju. Szukała adwokata, który mówi po polsku. Poprosiła siostrę, żeby wysłała jej opinię ze szkoły w Polsce, do której chodzili chłopcy. Dyrektorka ją lubiła, przecież działała w komitecie rodzicielskim.
Tłumaczy męża, że "zawsze taki był": - Zajęty pracą, potem pisaniem doktoratu, gabinetem. Nigdy nie był specjalnie gadatliwy, ale wiem, że bardzo to przeżywa - mówi Ewa. - Pierwszy raz widziałam, jak się popłakał przy obcym człowieku. Ta sytuacja go dobija.
Dobija ich oboje. Zadręczają się pytaniem, jak mogło ich coś takiego spotkać? Oboje pochodzą przecież z dobrych rodzin. Ojciec Piotra jest ordynatorem w Polsce. A tu potraktowano ich jak margines.
- Mąż uważa, że można dać klapsa?
Ewa: - Tak myślę. I wie pani co? Ja kiedyś też dostałam od ojca lanie, bo późno wróciłam do domu i jeszcze napyskowałam. Ale właściwie nie mam do niego pretensji.
Każde dziecko ma swoją drogę
Ewa codziennie po pracy biega do socjalu. Nie mówią jej, gdzie są chłopcy. Nie pozwalają do nich zadzwonić. Obiecują, że niedługo ich zobaczy. W końcu Wolscy dostają adwokata z urzędu, Szweda. Na policji zasypują ich pytaniami.
Policjantka: - Jak pani może wmawiać synom, że lepsza szkoła da im lepszą przyszłość?
Ewa Wolska: - A czy to nie jest prawda?
Policjantka: - Może pani tak uważa, ale każde dziecko ma swoją drogę życiową. Nie wolno nic narzucać.
Kazali jej opisywać, kiedy i jak biła Kamila, bo on skarżył się najbardziej.
Mówił, że mama bije go codziennie. Podał nawet liczbę: "Dostałem lanie ze 100 razy, a mój brat z 50. Mama straszy. Jak się nie chcę uczyć, to kładzie pas na biurku i mówi, że zaraz dostanę w tyłek. Tato czasami też da klapsa. Jak przyjeżdża na weekend do domu. Czasami się chowam pod stół, kiedy lata za mną po mieszkaniu".
Starszy chłopiec Maciek potwierdził, że może ze dwa razy widział, jak mama trzepnęła brata. Ale to nic takiego.
Kamila obejrzał lekarz, ale nie stwierdził jednoznacznie, że ma ślady po biciu.
Policjantka: - Dlaczego zwraca się pani do synów słowami: "Bo cię zaraz zabiję!"?
Ewa: - Przecież czasami tak się mówi. To znaczy nie wiem, w Polsce tak mówimy, ale nie mamy tego na myśli.
Wolskich wezwały też służby socjalne. Przepytywali ich w osobnych pokojach.
Ewa: - Pytali o seks, o partnerów przed ślubem, o nasze małżeństwo, co lubią nasi synowie i jak spędzamy wolny czas. Oni są przekonani, że wymarzyłam sobie, że synowie pójdą na medycynę.
Prowadząca ich sprawę urzędniczka dopytywała się, dlaczego żyją osobno. Ewa tego nie rozumie: wszędzie takie pytanie jest uzasadnione, ale nie w Szwecji.
Ewa: - Co druga szwedzka rodzina tak funkcjonuje. Oni masowo wyjeżdżają do Norwegii do pracy. Musiałam się tłumaczyć, że nie jesteśmy w separacji.
Po przesłuchaniu szwedzki adwokat zasiał ziarnko nadziei: - Nie mają przeciw wam mocnych dowodów.
Sprawa o bicie dzieci trafiła do prokuratury w Karlstad.
Nastolatki dzwonią na policję
Psychoterapeutka Izabela Tornberg-Papanicolaou (Polka z pochodzenia), matka trójki dorosłych dzieci, zaangażowała się niedawno w sprawę 14-letniej Oli, córki polskich emigrantów. Matka dziewczyny błagała o pomoc. Pewnego dnia jej córka zgłosiła pracownikom socjalnym w Sztokholmie, że rodzice się nad nią znęcają.
Tak naprawdę matka zabroniła Oli późnych powrotów z dyskoteki i biegania z pępkiem na wierzchu.
Izabela Tornberg-Papanicolaou: - Tymczasem wolny seks, noce kluby i modne ciuchy to są podstawowe prawa szwedzkich nastolatków. Sprawa dziewczyny wisiała na włosku. Już miała trafić do rodziny zastępczej, a matka miałaby tylko kłopoty w sądzie. Udało mi się ją przestraszyć, że to, co robi, może mieć nieodwracalne skutki.
Ola wycofała oskarżenie. Psychoterapeutka opowiada, że w Szwecji nie stawia się ocen aż do szóstej klasy podstawówki. Powód? Nie wolno stresować ani zmuszać dzieci do współzawodnictwa.
Mecenas Jerzy Misiowiec reprezentuje przed sądem Polkę, która walczy o córkę od trzech lat. Dziś Agnieszka jest 17-latką. Kiedyś wykręciła numer policji i zwierzyła się, że matka ją bije. Od tamtej pory zalicza kolejne rodziny zastępcze. Tylko w jednej czuła się dobrze, ale tamto małżeństwo przeprowadziło się do innego miasta.
W ubiegłym tygodniu szwedzki sąd nie zgodził się, żeby Agnieszka wróciła do matki. Tym razem argumentem stała się ona sama: kopnęła kubeł na śmieci w szkole, nie słuchała szwedzkich opiekunów, do domu wracała nad ranem. Osobowość asocjalna.
Mecenas Misiowiec: - Dawno wycofała się z dziecięcych opowieści: przyznała, że wszystko wymyśliła, żeby dopiec matce. Sprawę o bicie umorzono. Lecz dla sądu najwyraźniej to nic nie znaczy.
Matka Agnieszki czuje się skrzywdzona przez szwedzki wymiar sprawiedliwości. Ale milczy. Nie szuka pomocy w polskim konsulacie. Boi się, że dowiedzą się jej szefowie i straci pracę szkolnego pedagoga.
Mecenas Misiowiec: - Znam przypadki rodzin, które zabierały dzieci i uciekały do Polski. I tyle ich Szwedzi widzieli. Nie ma procedur, które nakazywałyby takich ludzi ścigać.
Pokemony
Maciek i Kamil swój pierwszy w życiu tydzień bez mamy i taty spędzili w szwedzkiej rodzinie zastępczej. Maćka wysypało od stóp do głów. Jest alergikiem, a w tamtym domu było mnóstwo zwierząt.
W piątek na początku czerwca Ewa odebrała kolejny telefon z "socjalu": - Warunkowo oddamy wam dzieci. Musicie się zresocjalizować i zmienić metody wychowawcze - usłyszała.
Maciek ma długie jasne włosy jak typowy szwedzki chłopiec, mówi szybko i niewyraźnie jak tata : - Tam były owce, koty, psy, kozy. Ale zabawek nie mieli.
Kamil obcięty jak rekrut, duże niebieskie oczy: - U tych Szwedów to nawet klocków lego nie było. Codziennie tęskniliśmy do mamy.
Kiedy pytam, dlaczego zabrano ich do rodziny zastępczej, spuszczają wzrok albo spoglądają na mamę.
W końcu starszy Maciek nie wytrzymuje: - Bo Kamil nagadał w szkole, że rodzice nas biją.
Ewa: - Biją, biją? W Szwecji istnieje na to ze dwadzieścia określeń. Ja ich nigdy nie biłam. Może dałam klapa albo przez łeb. Niech mi pani wierzy, bywają nieznośni.
Maciek przeczuwał, że coś się święci, kiedy w tamten piątek zamknęli im rowery w szkole. Po lekcjach podjechały busy: - No i my i jeszcze inne dzieciaki zaczęliśmy uciekać - opowiada. - Nie chcieliśmy wsiadać do tych aut. Nauczycielka powiedziała, że mama o wszystkim wie. Akurat.
Kamil: - Płakaliśmy tylko wieczorem. Tamci państwo mówili nam, że zostaniemy u nich jeszcze tylko jeden dzień.
Teraz opowiada matce, że w szkole po lekcji o chłopcu, którego uderzył ojciec, zabierali ich po kolei do takiego specjalnego pokoju prawdy. No to powiedział o klapsach.
Codziennie specjalny bus podwoził chłopców do szkoły w Karlstad. Ewa nawet o tym nie wiedziała, choć mieszkają jakieś 200 m dalej. Tylko kiedyś znalazła dziecięcy rysunek w skrzynce pocztowej.
To Kamil uciekł z ostatniej lekcji i podrzucił go mamie. Narysował walkę pokemonów.
Inne dzieci, które razem z małymi Wolskimi zabrano ze szkoły, jeszcze nie wróciły.
Rodzice na terapię
Wolscy odzyskali chłopców pod warunkiem, że zgodzą się na terapię rodzinną. Mówią, że dla synów zrobiliby wszystko, choć nie czują się winni.
Spotkania zaczną się jesienią. Zawiadomienie przyszło pocztą: "Kurs dla rodzin, w których występuje zjawisko przemocy".
Dr Hradilova Selin z Rady Zapobiegania Przestępczości w Sztokholmie twierdzi, że terapia rodzinna się sprawdza: - Poznają alternatywne metody wychowawcze. Ja pochodzę z Czech. Mam dwóch synów i zdarzało mi się ich uderzyć. Teraz tego nie robię.
Sama stosuje szwedzkie metody wychowawcze. Jej synowie zbierają fasolki. W kuchni stoją dwa słoje. Wygrywa ten chłopiec, którego słoik wypełni się po brzegi fasolkami.
Hradilova Selin: - Pełny słój to nagroda. Chodzimy do kina, jeździmy na wycieczki i jemy lody. Jeśli są niegrzeczni, to fasolek ubywa. To działa. Bardzo się starają, żeby słoiki były pełne.
Szwedzki dziennikarz polskiego pochodzenia Maciej Zaremba opowiada mi, że metody wychowawcze opracowują specjalni konsultanci. To coś takiego jak nasza superniania - uczą rodziców, jak poradzić sobie z niesfornymi maluchami.
Maciej Zaremba: - Zamiast klapsa trzeba milczeć. Dziecko było niegrzeczne, więc matka nie odzywa się do niego przez jakiś czas. Właściwie to może być gorsze od kary cielesnej.
Tutejsi psychoterapeuci mówią też o tym, że w chwili wzburzenia warto policzyć do dziesięciu, zamiast wymierzać klapsa.
Specjaliści uczą rodziców, że najważniejszy jest czas poświęcony dziecku. Stąd w Szwecji długie urlopy macierzyńskie. Na ulicach pełno jest młodych ojców, którzy prowadzą przed sobą wózek z dzieckiem.
Wolskich czeka jeszcze sprawa karna. Wkrótce prokuratura zdecyduje, czy kierować ją do sądu.
Precedens na klapsa
Dr Klara Hradilova Selin z Rady Zapobiegania Przestępczości: - Absolutnie powinniście wprowadzić podobne prawo w Polsce. Pomyłki? Mogą się zdarzyć, ale lepiej przesadzić, niż zaniedbać.
W ubiegłym roku sąd uniewinnił Szweda, który dał kilka klapsów swojej 7-letniej córce. Hugo Rosvall był z nią właśnie na badaniach kontrolnych. Mała bała się zastrzyku. I nagle wypaliła do pielęgniarki: - A wie pani co! Ja muszę czasem dzwonić do mamusi, bo tatuś mnie bije po pupie.
Konsternacja. Pielęgniarka: - Proszę pana, ja przepraszam, ale muszę to zgłosić.
Ojciec przed sądem przyznał, że się kiedyś wściekł i klepnął Sandrę w pupę.
Sąd nie potraktował klapsa jako bicia. Uznał, że "działanie ojca nie sprawiało dotkliwego bólu, nie było uporczywe i ciągłe i raczej miało charakter incydentalny".
Mecenas Jerzy Misiowiec ma zamiar powoływać się na ten precedens w sprawach dotyczących polskich rodzin: - No bo nie dajmy się zwariować.
Kamil i Maciek marudzą rodzicom, że chcą wracać do Polski. Ale ojcu do końca kontraktu został jeszcze ponad rok. Mamie szkoda nowej pracy. Na razie zabrała synów na wakacje do Polski. Niedługo dołączy do nich Piotr i wyjadą znowu do Chorwacji.
Ewa: - Pójdziemy na tę terapię. Nazwa mi się nie podoba, ale może coś mi podpowiedzą.
Jestem pewna, że już nigdy nie uderzę swoich synów. Spróbuję nie podnosić na nich głosu.
Zastanawiam się, jaka ja byłam. Może to jednak było złe?
Imiona i nazwiska niektórych bohaterów tekstu na ich prośbę zostały zmienione
Agnieszka Czajkowska, Szwecja
http://wyborcza.pl/1,91566,5474691,Zabrali_nam_dzieci_za_klapsa.html