To artykuł pisany z pozycji przychylnej homesculingowi, przedstawione są osoby absolutnie zachwycone i przekonane do nauki dzieci w domu. Inna sprawa, że dzieci nie sa przeciętne, nudziły się w szkole, a i rodzice musieli zrezygnowac z innej aktywności.
Jednakże argumenty sa ciekawie wyważone, można być pod wrażeniem pokazanego w artykule modelu (ja zauwazyłam drobne rysy, które daja mi ciut do myslenia, jesli chodzi o przedstawione rodziny, ale to drobiazgi;)
http://www.polskatimes.pl/13031,24765.htm?listpage=1
Szkoła bez tablicy
(Polska)
Sonia Ross
27.02.2008, aktualizacja: 27.02.2008, 18:29
Uczą się w parkach, bibliotekach, muzeach, bez surowego spojrzenia belfra.
Wspomienia ze szkolnej klasy wielu z nas jeżą włosy na głowie. Czy więc można poznać budowę pantofelka bez surowego spojrzenia belfra? Zwolennicy edukacji domowej mówią: „tak”. To szansa, by dzieci uczyły się chętniej i efektywniej. Przeciwnicy, że tak wychowa się odludków.
Ania Janicka-Galant, terapeutka z Łodzi, pięć lat temu raz po raz biegała z synem do lekarki w przychodni. Przemek narzekał, że boli go w prawym boku. Skarżył się na gardło. Lekarka przepisywała antybiotyk i dawała zwolnienie: „Angina z powikłaniami. Poleżysz w domu”. Wypadali z przychodni, zacierali ręce. Plecaki były już spakowane. – Nie myślała pani, że to niewychowawcze? – pytam Annę, która parzy w kubkach herbatę brzoskwiniową. – A skąd! – macha ręką. – On w domu przerabiał trzykrotnie więcej niż w szkole. A wyjazdy to pigułka wiedzy: historia, geografia, etnografia, przyroda, religia. No i ludzie. Wspaniali, pełni pasji. Tylko takich spotykaliśmy.
Pokazują mi grube księgi. Pełne wpisów, biletów, zdjęć, zasuszonych roślin. Kroniki podróży. Objechali Turcję, Grecję, Włochy, Kaukaz. Przywieźli kamienie. Minerały. No i książki, płyty z filmami i muzyką. Plecaki pękały. – Skąd macie na to pieniądze? – pytam. Anna się śmieje: – Ostatnia podróż, do Gruzji, kosztowała nas 300 dolarów. Wędrowaliśmy dwa miesiące. Na Dużym Kaukazie przez trzy tygodnie tylko raz kupiliśmy jedzenie. Nigdy o nic nie prosimy, zawsze nas zapraszają. Jeżdżą autostopem. Spod domu. Każdą podróż przygotowują kilka tygodni. Uczą się języka i historii kraju.
Byłem dobry, bo opuszczałem
Kiedy Przemek skończył piątą klasę, zdecydowali z matką, że dosyć kombinowania ze zwolnieniami. Anna załatwiła u dyrektora szkoły, że syn będzie się uczył w domu. 7 września 1991 roku weszła ustawa, która zezwalała na „realizowanie obowiązku szkolnego poza szkołą”. – Teraz ciągnie nas na Syberię – mówi Anna. – Nasz przyjaciel, Paweł Kassin, lekarz neurolog, jest współzałożycielem wioski ekologicznej nad Bajkałem. Każdy, kto tam trafi, przez trzy dni jest gościem. Później musi coś zrobić dla społeczności. Rąbać drzewo lub nosić wodę.
Dzięki dr. Kassinowi Przemek już w wieku 15 lat ukończył kurs Su-Doku, masażu refleksyjnego. Jest najmłodszym w Polsce dyplomowanym masażystą. A szkoła? W piątej klasie podstawówki był najlepszym uczniem. Średnia bliska szóstki. – Choć tyle opuszczałeś? – dziwię się. On się śmieje: –Byłem najlepszy, bo nie chodziłem. – W domu nie marnował czasu – wtrąca jego matka. – Jak go pytałam, co robili, to mówił, że były dwa zastępstwa, potem się nudzili, a później pani kazała „doczytać samemu”. Więc Przemek zostawał w domu i doczytywał. – Oglądałem programy edukacyjne. Robiłem doświadczenia z chemii, fizyki. Mówię, że nie wierzę, by nie tęsknił za kolegami, nie chciał pograć w piłkę. Przemek się krzywi: – Z kolegami nie miałem o czym gadać. Oni ciągle o jednym: co było w telewizji. A my już od 10 lat nie oglądamy telewizji. Pytająco wskazuję na odbiornik. – To tylko monitor –wyjaśnia Anna. – Służy do oglądania programów edukacyjnych i kursów językowych na DVD.
Anna i jej syn są pasjonatami edukacyjnych programów multimedialnych. Mówią, że przez ostatnich 10 lat „przepuścili” przez swoje ręce prawie wszystkie, jakie ukazały się na polskim rynku. Tysiące. Zastępowały im podręczniki, chociaż z tych ostatnich także korzystali. – W książkach są tylko suche wiadomości. Na płycie animacja, komentarz lektora i doświadczenie, które widz może równocześnie przeprowadzać – tłumaczą. – Ostatnio przez trzy dni siedziałem nad „Fizykusem”– mówi Przemek. – To program w formie gry. Miałem uratować świat, konstruując kolejne urządzenia elektromechaniczne i wykorzystując zjawiska z dziedziny optyki. Do końca gry doszedłem trzeciego dnia. W tym czasie zaglądałem do encyklopedii, robiłem notatki. A wieczorem oglądałem dramaty Szekspira albo filmy o mitologii. Antyk to moja pasja, obok kowalstwa, minerałów i Bractwa Rycerskiego. Programami edukacyjnymi Galantowie wymieniają się ze znajomymi i przyjaciółmi. Wymiana to obok podróży ważny termin w edukacji domowej.
Ty mnie naucz fizyki, ja ciebie nut
– Działamy w Banku Wymiany Czasu – wyjaśnia Anna. – Pomysłodawcą tego ruchu był amerykański prawnik Edgar Cahn, który po zawale serca nie mógł wrócić do zawodu. Wymyślił więc czasodolary, czyli wymienialne jednostki czasu, i rozpoczął zawiązywanie sąsiedzkich sieci wymiany usług. Wykorzystujemy jego pomysł w edukacji domowej. W grudniu prowadziliśmy u nas w domu doświadczenia z fizyki dla trójki łódzkich dzieci w wieku gimnazjalnym. – Podgrzewaliśmy m.in. butelkę, na której stało jajko. Podciśnienie wciągnęło je do środka. Zabawy z elektromagnesami i mieszaniem roztworów także się podobały – mówi Przemek. Czas, który poświęcił na naukę gimnazjalistów, „oddała” mu jedna z mam, ekonomistka Dorota Piwowarska. Uczyła Przemka i jego koleżanki ekonomii podczas gry planszowej „Cashflow”. – Musieliśmy inwestować pieniądze, lokować je na giełdzie – tłumaczy Przemek.
Teraz znów pakuje plecak. Rusza pod Radom, do znajomych. Ich córka również uczy się w domu. – Po co zabierasz toczek? – pytam, widząc, jak upycha go do i tak ciasnego plecaka. – Będziemy jeździć konno – wyjaśnia. – W zamian za lekcje, podczas których moja mama uczyła Basię historii. Później z Basią jedziemy do Pruszcza Gdańskiego, do państwa Reszke. Pani Marzena jest fizykiem i matematykiem, pomoże nam się z tych przedmiotów przygotować do egzaminów. Za to my pouczymy jej synów Grzesia i Adama. Oni także edukują się w domu. To wszystko jest bardzo proste...
Zostali bez świadectw
Ale nie dla wszystkich. Ci, którzy przecierali szlaki, do dziś mają kłopoty. Dorosłe już dzieci pedagoga Marka Budajczaka legitymują się świadectwami ukończenia tylko pięciu klas szkoły podstawowej. Konflikt między Budajczakami a dyrektorem szkoły podstawowej w Poniecu i leszczyńskim kuratorium sprawił, że jego dzieci nie zdawały egzaminów klasyfikacyjnych i nie przechodziły z klasy do klasy. Nie mogą więc studiować. Budajczakowie liczą na nostryfikację SAT, amerykańskiego egzaminu porównywalnego do polskiej matury. Pozwoliłoby to jego dzieciom otrzymać indeksy. Gdyby dziś chciały zdać zaległe egzaminy, musiałyby za nie zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych (są płatne po 18. roku życia).
Marek Budajczak był pierwszą osobą w Polsce, która oficjalnie wystąpiła o możliwość uczenia dzieci w domu. Opracowywał program, interesował się pedagogiką alternatywną. Przeczytał wiele książek, m.in. angielskiego socjologa edukacji Rolanda Meighana. Sam napisał „Edukację domową”. Jako profesjonalista wiedział, że dzieci w domu pracują szybciej i efektywniej. Chciał uczyć sam. Nie wszystko się udało. – Nie wiem, dlaczego ten konflikt nie został rozwiązany – zastanawia się Krystyna Mucha, dyrektor Wydziału Kształcenia Podstawowego i Gimnazjalnego w Kuratorium Oświaty w Warszawie. –Obie strony powinny być elastyczne. Dyrektorzy muszą przestrzegać prawa, czyli konieczności wypełniania przez dzieci obowiązku szkolnego, ale powinni także ufać rodzicom, którzy podsuwają propozycje dotyczące np. formy egzaminów. Z moich doświadczeń wynika, że to się da zrobić. Rodzice mogą być obserwatorami, mają prawo do wglądu w arkusze egzaminacyjne, ustalenia, kiedy i jaki egzamin się odbędzie. Otrzymanie zgody na naukę w domu nie jest skomplikowane. Trzeba złożyć podanie u dyrektora szkoły. Ale dyrektor ma prawo nie wyrazić zgody. – Nie trafiła jednak do mnie żadna skarga z powodu odrzucenia takiego wniosku – mówi dyrektor Mucha. – Niewielu rodziców decyduje się na taką formę edukacji. Kiedyś korzystali z niej sportowcy, dzieci grające w filmach. Nie chodziło jednak wtedy o domowe nauczanie, tylko o to, by dzieci nie zmieniały szkoły lub nie traciły roku.
Kuba nie mówił po polsku
W cukierni przy kościele Jezuitów w Warszawie socjolożka Kasia Niewiarowska przedstawia mi swoją sześcioletnią córkę Karolinkę. Z pięciorga rodzeństwa tylko ona chodzi do szkoły. – Ale katolickiej, bezpłatnej – zastrzega Kasia. – Jestem o nią spokojna, bo system wartości, jaki obowiązuje w tej szkole, jest zgodny z naszymi poglądami. Synów uczy sama w domu. Zaczęło się to od Kuby, dziś gimnazjalisty. – Miał kłopoty w szkole – przyznaje. – Mieszkaliśmy w Siennicach koło Mińska Mazowieckiego. Razem z mężem, również socjologiem, prowadziliśmy rodzinny dom dziecka. Piątka naszych, piątka przybranych. Najstarszy Kuba był w pierwszej klasie. W czasie wakacji przeczytał wszystkie podręczniki i na lekcjach przeszkadzał, bo się nudził. Dzieci miały mu za złe, że nie mówi po polsku. A on tylko używał trudnych słów. My powtarzaliśmy dzieciom: „Masz prawo być inny, przeżywać po swojemu”. W szkole słyszeli co innego.
Myśleli, że gdy przeniosą dzieci do mniejszej szkoły, kłopoty się skończą. Mylili się. Kiedyś Kasia usłyszała w radiu o edukacji domowej i olśniło ją: „To coś dla Kuby!”. Był już w trzeciej klasie, ale męczył się potwornie. Przeczytała wszystko, co było na ten temat w internecie. Później powiedziała mężowi.
Wypróbowali na sucho
Tuż przed wakacjami pojechali na pierwszy polski zjazd homeschoolingu. Przyjechało kilkanaście rodzin z dziećmi. Od nich dowiedzieli się, jak zacząć. Na wakacjach wypróbowali pomysł na sucho. Pojechali nad morze. W parku Oliwskim urządzali dzieciom lekcje. – Najpierw był wykład o drzewach – mówi Kasia. – Mąż opowiadał ciekawostki. Później liczyli krzewy. Na piasku pisali ich nazwy. Kuba zawołał: „Mamo! Ona czyta!”. Magda, moja ośmioletnia przybrana córka, czytała słowa na piasku: sosna, lipa, jarzębina. W szkole do tej pory nie potrafiła się tego nauczyć. – To działa, złóżmy podanie! – zapalił się mąż Kasi. – Pomożemy dzieciom, odciążymy nauczycieli. Ich pierwsze podanie odrzucono. – Znów godzinami siedziałam z przybraną piątką nad lekcjami – wspomina Niewiarowska. – Tłumaczyłam to, czego powinni byli nauczyć się w szkole. A Kuba, który radził sobie sam, czytał do trzeciej w nocy. Nie kontrolowałam tego, bo padałam na nos o dziesiątej.
Dzieci podrosły, a oni zrezygnowali z prowadzenia rodzinnego domu dziecka. Przenieśli się do Warszawy. Tu nie było problemu, żeby Krzyś (czwarta klasa) i Józio (druga klasa) uczyli się w domu. Kasia dogadała się z nauczycielami. Synowie, oprócz obowiązkowych egzaminów (dwa razy w roku), przychodzą na niektóre klasówki.
W domu nauka zaczyna się zaraz po śniadaniu. Na stole rozkładają książki. – Mamo, może zamiast liczenia, skonstruuję coś z „Elektroniki” (gra w której z kilku elementów można złożyć urządzenie) – prosi Józio. – Ja bym wolał poczytać „Baśnie” Andersena – mówi Krzysio. I mama się zgadza. Józio konstruuje, a Krzyś czyta. – Dzieci uczą się mimochodem, bez presji – tłumaczy Kasia. – Musimy wykonać program, który obowiązuje w danej klasie, ale sami ustalamy kolejność. Ale z dyscypliny Kasia nie zrezygnowała. – Wiedzą, co muszą zrobić. Na ścianie zawiesiłam tablicę z obowiązkowymi punktami: czytanie, działania z matematyki, pisanie. Za każdą pracę sami sobie wstawiają plusy. Później mają czas wolny. Mogą się pobawić, wyjść na podwórko. Ale najczęściej czytają.
Niewiarowscy uczą się w parku, bibliotece, w muzeach. – Radzimy sobie tak: jeden dzień w tygodniu każde muzeum ma wstęp wolny. I wtedy oglądamy eksponaty, dyskutujemy. W domu przypominamy sobie, co widzieliśmy. Wykupiliśmy całoroczny karnet do zoo, tam robimy lekcje przyrody. Gdy uczymy się o ptakach, oglądamy upierzenie, słuchamy głosów, jakie wydają. Z książki, którą zabieramy, czytamy o ich upodobaniach. Zaraz po obiedzie do domu wpada Robert Niewiarowski. Wyrwał się wcześniej (może sobie na to pozwolić, bo jest doradcą finansowym), by zabrać synów do Muzeum Ziemi. Józkowi zapalają się oczy. Tak samo się cieszył, gdy pewnego razu tata powiedział: „Pakuj plecak, Józiu, jedziemy na Dolny Śląsk. Będziemy szukać kryształów górskich”. Był gotowy w dziesięć minut. Z wyprawy przywieźli mnóstwo kamieni. – Chodziliśmy po górach – mówi Józek z przejęciem. – Mieliśmy łopatki i wykopaliśmy prawdziwe skarby, kryształy górskie! – Kiedyś Krzyś mówił, że nienawidzi polskiego. Teraz wieczorami wszystkim dzieciom czyta baśnie. Wciągnęli się. Na ostatnim egzaminie z polskiego pani była pod wrażeniem – mówi Kasia.
Ile stopni ma wrzątek?
W Pruszczu Gdańskim nauczycielka Marzena Reszke nastawia wodę na makaron. Młodszy syn, 9-letni Grześ, biegnie ze specjalnym termometrem. Sprawdza, czy wrzątek ma rzeczywiście 100 st. C. Marzena pilnuje, żeby się nie oparzył, ale pozwala włożyć termometr do wody. – Jeeest! – krzyczy uszczęśliwiony Grześ. – Mamo, jest 100 stopni! Marzena Reszke, z wykształcenia fizyk, uśmiecha się. – A co się stanie, gdy dosypiemy soli? – chce wiedzieć Grześ. – Spróbuj – podaje mu pojemnik. Doświadczenie z solą rodzi kolejne pomysły. – Tego dnia nie zjedliśmy już tego makaronu, tylko kanapki – śmieje się Marzena. – Cały wieczór chłopcy robili eksperymenty z wodą. Marzena mówi, że zanim nie podjęli wspólnie z mężem decyzji o edukacji domowej, nie robili dla siebie i dzieci tylu ciekawych rzeczy. Uczą, ale przede wszystkim podróżują. Ostatnio w Bieszczady. Spotykają wielu ludzi: leśników, ekologów, przyrodników. – Lasu uczymy się na żywo. Rozszyfrowujemy, co to za szyszki, jakie to drzewa. Liczymy je, sprawdzamy, czy w lesie rzeczywiście występuje piętrowość. Wychodzi wiele nowych pojęć, takich jak „mikoryza”, „obieg materii w przyrodzie”. Okazuje się, że sarna nie jest partnerką jelenia, a jej zad nazywa się lustrem. A kiedy rodzą się małe wilczki, pilnuje ich brat z poprzedniego miotu. Czy dowiedzieliby się tego w szkole?
Nie wiem. Ale jestem pewna, że nie każda rodzina może sobie pozwolić na to, żeby jedno z rodziców nie pracowało. A to konieczne w przypadku edukacji szkolnej. Ktoś musi nadzorować naukę dziecka, organizować wyprawy, wycieczki. – To prawda – zgadza się Kasia. – Jedno z rodziców musi być bardziej dyspozycyjne. To właściwie warunek prowadzenia takiej edukacji. Kasia Niewiarowska się waha. Być może kiedyś wyśle swoje dzieci znów do szkoły. – Ale tylko do katolickiej. I musi być bezpłatna. Nie stać nas na opłacanie czynszu w prywatnych. A chciałabym być o dzieci spokojna. Ania Janicka-Galant nie ma już tego problemu. – Nauczyłam syna myśleć. Teraz nie muszę już nic robić. On sam szuka, tworzy. Ja tylko podpowiadam.
Całki? Dzwoń do Sydney!
O ile rozumiem, że bez trudu można uczyć młodsze dzieci, nie wierzę, by można im było zapewnić solidną licealną wiedzę. Zwłaszcza z przedmiotów, z którymi sami kiedyś mieliśmy kłopoty. – Mamy wspaniałą stronę internetową – wyjaśnia Ania Janicka-Galant. – Jest na niej lista konsultantów i korepetytorów edukacji domowej. Matematyki uczy między innymi Polak z... Australii. Wyjechał wiele lat temu, ale dzięki Skype’owi może udzielać bezpłatnych lekcji nawet w małej wiosce na Podhalu. Są też inni. Z tytułami doktorów i profesorów. Jeśli są z naszego miasta lub okolic, można się z nimi spotkać bezpośrednio. Gdy mieszkają dalej, wykorzystujemy internet. Ale nie trzeba mieć specjalnego tytułu, aby uczyć innych. Wystarczy wiedza. Na przykład porad z ornitologii udziela piętnastolatek Wojtek Hawrot.
Wchodzę na http://www.edukacjadomowa.piasta.pl/. Zatrzęsienie informacji. Artykuły, forum dyskusyjne, konspekty i pomysły na lekcje z różnych przedmiotów, linki, spis ciekawych miejsc, które można odwiedzić z dziećmi. Nie można się nudzić. – A co robiłeś dzisiaj? – zagaduję Przemka, który spokojnie pije herbatę i dorzuca polano do „kozy” na środku pokoju. – Rąbałem drewno, przygotowałem do transportu minerały, które przywieźliśmy z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Pojutrze pojedziemy do Lublina na wystawę kamieni. Zrobiłem porządek w szopie. Czytałem książkę. Jaką? O Amazonii, Beaty Pawlikowskiej. I „Dzieci kapitana Granta”. Pytam, czy nie brakuje mu towarzystwa, kolegów. Zaprzecza. Ma kolegów wśród studentów. Działają razem w grupie rycerskiej Brać Herbowa Ziemi Rawskiej. Fascynuje ich XVII wiek. Przyjaciół ma nie tylko w Fundacji Serce na Dłoni, w której działa jako wolontariusz, ale i w całej Polsce.
Brak szkolnych wspomnień
Przeciwnicy edukacji domowej twierdzą, że dzieci, które nie chodzą do szkoły, są pozbawione wspomnień, nie uczą się działać w grupie, są aspołeczne. – Nie zgadzam się z tym – mówi Kasia Niewiarowska. – Na własnym przykładzie widzę, jak bardzo uspołeczniły się moje dzieci, odkąd... nie chodzą do szkoły. Pomagają mnie i sobie nawzajem. Ucichły kłótnie, nie ma rywalizacji. Przyjaźnie i kontakty z rówieśnikami realizują w drużynie harcerskiej. I właśnie stamtąd przynoszą często wiadomości, które ich stresują. Mówią na przykład rozgoryczeni: „Mamo, a oni wiedzą, co to jest rzeczownik i przymiotnik. A my jeszcze nie”. Więc tłumaczę. Są zaskoczeni, że to takie proste. Dzieci, które uczą się domowo, mniej chorują – zauważa Anna Janicka--Galant. – Nie mają objawów stresu szkolnego i... nie symulują chorób. A mówienie, że szkoła uspołecznia, to nie do końca prawda. Mówimy o uspołecznieniu na siłę. Przemek wziął odpowiedzialność za swoją przynależność do fundacji. Nie wymiguje się od obowiązków. Podczas zbierania funduszów przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy ciężko pracował, chociaż nikt mu nie kazał tego robić. Na ostatnim, IV zjeździe polskiego homeschoolingu w 2007 roku w Krzyżowej koło Żywca zjawiło się ponad 100 osób. W Anglii i Stanach Zjednoczonych dla dzieci edukowanych domowo zarezerwowanych jest 30 proc. miejsc na najlepszych uniwersytetach. W Cambridge, na Harvardzie. Tam ceni się taką wiedzę bardziej niż szkolną.
Dlaczego w domu?
– Bo dzieci uczone w domu potrafią myśleć – tłumaczy mama Przemka. – Nie kują na pamięć. Tam nikt nie zwracałby uwagi na to, że mój syn popełnił błąd w definicji, myląc fundację ze stowarzyszeniem. Ważniejsze byłoby dla nich, że ukończył kurs pisania projektów dla fundacji młodzieżowych. – Najważniejsze, że szkoła nie zdążyła wygasić w moich dzieciach pasji i radości nauki – mówi Marzena Reszke. A Kasia Niewiarowska dodaje: – To taki zupełnie kosmiczny widok, jakmoje dzieci zaraz, jak tylko otworzą oczy, sięgają po książkę .
mama Przemka z synem (w strojach "Bractwa Rycerskiego")

