Edukacja domowa
Moderator: Anka
-
michał
- Gazda z Farfurni
- Posts: 2480
- Joined: 07 Aug 2007, 10:56
- Location: tam, gdzie wrony zawracają
- Contact:
Edukacja domowa
Dawno, dawno temu był chyba taki temat, ale nie mogę go znaleźć...
Co sądzicie na temat ED? A może coś wiecie? A może wasi znajomi TO robią?
Chodzi nam to po głowie , bo coraz gorzej wszyscy znosimy szkołę. Myślimy o wynajętym nauczycielu, bo sami nie mamy ani cierpliwości, ani czasu, ani aż tak dobrych relacji z młodymi w kontekstach edukacyjnych.
Co sądzicie na temat ED? A może coś wiecie? A może wasi znajomi TO robią?
Chodzi nam to po głowie , bo coraz gorzej wszyscy znosimy szkołę. Myślimy o wynajętym nauczycielu, bo sami nie mamy ani cierpliwości, ani czasu, ani aż tak dobrych relacji z młodymi w kontekstach edukacyjnych.
--------------------------------------------------
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
-
jola
- zorga domowa
- Posts: 6661
- Joined: 15 Jun 2007, 14:57
- Location: Wrocław
- Contact:
Re: Edukacja domowa
znalazłam:)
viewtopic.php?f=4&t=1105
edukacja domowa jest fajna, ale zajmuje duzo czasu. Tylko w Waszej sytyuacji, to chyba dobre rozwiazanie.
Ja zauważyłam, że jak jest w porządku z dzieckiem, to znaczy zadnych dysleksji, problemów, to i w szkole ok. Ale jak pojawiają się problemy, to i tak trzeba douczac się z dzieckiem samodzielnie. Ja praktycznie z Małgoska przerabiam program w domu sama. Chociaż zauwazyłam, że z lekcji też potrafi wyciągnąć duzo (czasami, jak inni nie gadają i nie przeszkadzaja). Tylko, że to nie wystarcza. ona zostawiona sam na sam ze szkołą nie przechodziłaby z klasy do klasy.
Uczyć więcej dzieci byłoby karkołomne, ale gdyby mieć nauczyciela do pomocy, to całkiem dobry pomysł
viewtopic.php?f=4&t=1105
edukacja domowa jest fajna, ale zajmuje duzo czasu. Tylko w Waszej sytyuacji, to chyba dobre rozwiazanie.
Ja zauważyłam, że jak jest w porządku z dzieckiem, to znaczy zadnych dysleksji, problemów, to i w szkole ok. Ale jak pojawiają się problemy, to i tak trzeba douczac się z dzieckiem samodzielnie. Ja praktycznie z Małgoska przerabiam program w domu sama. Chociaż zauwazyłam, że z lekcji też potrafi wyciągnąć duzo (czasami, jak inni nie gadają i nie przeszkadzaja). Tylko, że to nie wystarcza. ona zostawiona sam na sam ze szkołą nie przechodziłaby z klasy do klasy.
Uczyć więcej dzieci byłoby karkołomne, ale gdyby mieć nauczyciela do pomocy, to całkiem dobry pomysł
Last edited by jola on 24 Mar 2009, 12:52, edited 1 time in total.

-
Katarzyna
- Femina medica
- Posts: 1163
- Joined: 16 Jun 2007, 23:12
- Location: Warszawa
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Niestety, osobiście (nie wirtualnie) nie znam nikogo praktykującego ED. Gdyby jednak los rzucił nas w takie miejsce, gdzie nie byłoby dobrej szkoły, to chyba zdecydowałabym się na nauczanie domowe z pomocą zatrudnionego nauczyciela. Najlepiej gdyby miał podejście montessoriańskie 
Jedyne, co w Polsce jest uciążliwe przy takim rozwiązaniu, to konieczność zdawania co semestr egzaminów ze wszystkich obowiązujących przedmiotów.
Jedyne, co w Polsce jest uciążliwe przy takim rozwiązaniu, to konieczność zdawania co semestr egzaminów ze wszystkich obowiązujących przedmiotów.
Jestem mamą Józia (2001), Ludka (2004), Gucia (2006), Inki (2008) i Heli (2010)
-
mawilcz
- zadomowiony
- Posts: 407
- Joined: 16 Jun 2007, 20:38
- Location: Szczecin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Mam koleżankę która zaczyna ED ze swoimi dzieciaczkami, i to właśnie zgodnie z duchem montessori. Ma 4 dzieciaczków najstarsze 6 letnie 
Moja dziatwa: Chrystian 1997, Marta 2000, Inez 2002, Sara 2004, Jakub 2006, Daniel 2008
-
michał
- Gazda z Farfurni
- Posts: 2480
- Joined: 07 Aug 2007, 10:56
- Location: tam, gdzie wrony zawracają
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Dzięki Jolu za przypomnienie.
Mojego Pawła też muszę ciągnąć cały czas. Miałby inaczej pały od góry do dołu, sprawdzam to czasem, jak mamy mniej czasu, albo więcej poświęcamy na konkretny przedmiot z problemem.
Nauczyciele (niektórzy) nie są w stanie zmobilizować go do prowadzenia jakiegokolwiek zaszytu, on mówi, że są nudni i tak w kółko. Tam, gdzie jest ciekawiej jest świetnie, a tam, gdzie konsekwentnie - jest wystarczająco. Ale to dwa, czasem trzeci przedmiot. Reszta zajmuje nam cały dzień i często sie nie wyrabiamy. Żal nam coraz bardziej tych zmarnowanych godzin w szkole. To tylko rodzi konflikty i obustronną frustrację.
Idę dalej guglać...
Mojego Pawła też muszę ciągnąć cały czas. Miałby inaczej pały od góry do dołu, sprawdzam to czasem, jak mamy mniej czasu, albo więcej poświęcamy na konkretny przedmiot z problemem.
Nauczyciele (niektórzy) nie są w stanie zmobilizować go do prowadzenia jakiegokolwiek zaszytu, on mówi, że są nudni i tak w kółko. Tam, gdzie jest ciekawiej jest świetnie, a tam, gdzie konsekwentnie - jest wystarczająco. Ale to dwa, czasem trzeci przedmiot. Reszta zajmuje nam cały dzień i często sie nie wyrabiamy. Żal nam coraz bardziej tych zmarnowanych godzin w szkole. To tylko rodzi konflikty i obustronną frustrację.
Idę dalej guglać...
--------------------------------------------------
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
-
agnieszka
- Generalissimus domownikuss
- Posts: 1856
- Joined: 22 Jun 2007, 00:41
- Contact:
Re: Edukacja domowa
ja wlasnie wczoraj bylam po sasiedzku i tam znalazlam linka do tutaj http://www.usawickich.pl/
oni wlasnie sie zajmuja szkoleniem wg metody Montessori i maja dwie szkolki ,ktore utrzymuja ................ma lepiej sobie samemu tam wejsc i zobaczyc
ja wlasnie do nich napisalam,bo chcialabym przjechac do Polski na dluzej,dzieci mi polski pogubily
i musze jak najszybciej dzialac,aby to sie odwrocilo,czekam na odpowiedz
moze warto sie poradzic z nimi
oni wlasnie sie zajmuja szkoleniem wg metody Montessori i maja dwie szkolki ,ktore utrzymuja ................ma lepiej sobie samemu tam wejsc i zobaczyc
ja wlasnie do nich napisalam,bo chcialabym przjechac do Polski na dluzej,dzieci mi polski pogubily
moze warto sie poradzic z nimi
-
michał
- Gazda z Farfurni
- Posts: 2480
- Joined: 07 Aug 2007, 10:56
- Location: tam, gdzie wrony zawracają
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Hmm... Marcin z Olą są naszymi dobrymi znajomymi jeszcze z Wawy i wiemy czym się zajmują.
To trochę przez nich ten temat mi wychodzi co jakiś czas. Wybieramy się z resztą do nich na weekend pogadać o tym i o owym...
To trochę przez nich ten temat mi wychodzi co jakiś czas. Wybieramy się z resztą do nich na weekend pogadać o tym i o owym...
--------------------------------------------------
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
-
Bea
- domownik
- Posts: 137
- Joined: 18 Jun 2007, 12:36
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Michale, my się zdecydowaliśmy -Jdrek -klasa 2 - jest uczony w domu przeze mnie , od lutego co prawda , więc specjalnie nie dysponuje doświadczeniem , ale jest nam tak lepiej niż ze szkołą .
Wg nowej ustawy , egzaminy zdawać się będzie raz do roku .
Wg nowej ustawy , egzaminy zdawać się będzie raz do roku .
pod skrzydłami piątka dzieci :)
-
agnieszka
- Generalissimus domownikuss
- Posts: 1856
- Joined: 22 Jun 2007, 00:41
- Contact:
Re: Edukacja domowa
-
Isia
- z bukowego domu:)
- Posts: 3265
- Joined: 25 Sep 2007, 21:29
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Natalia Dueholm
„Cisza, spokój, bezpieczeństwo - czy to właśnie nasze dziecko znajdzie w szkole? ”
- rozmowa z psychologiem Barbarą Kozieł-Graczyk o edukacji domowej.
Czym konkretnie zajmuje się Pani w swojej pracy psychologicznej?
- To dość skomplikowana sprawa. W 1975 roku ukończyłam - na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu - studia psychologiczne o specjalności kliniczno-penitencjarnej. Następnie ukończyłam podyplomowe studia logopedyczne, a także - pedagogiczne - w zakresie edukacji elementarnej. Później pracowałam w wielu różnych miejscach - bądź na etacie, bądź jako wolontariusz, bądź na zlecenie. Był i dom dziecka, i stowarzyszenie, wspierające osoby w kryzysach psychicznych - w tym lekomanów, narkomanów i osoby psychicznie chore oraz ich rodziny. Był dziecięcy szpital rehabilitacyjny i ośrodek wczesnej interwencji dla dzieci, a także ośrodek terapii zajęciowej dla młodzieży i dorosłych z tzw. sprzężonymi niepełnosprawnościami. Od 1995 roku współpracuję także z kilkoma uczelniami w Wielkopolsce, prowadząc wykłady, ćwiczenia i warsztaty dla studentów studiów edukacyjnych - dziennych i podyplomowych. Moimi „uczniami” są nawet klerycy z Wyższego Seminarium Duchownego - prowadzę dla nich zajęcia logopedyczne. Jednocześnie - od 1996 roku mam prywatną praktykę psychologiczno-logopedyczną. Można powiedzieć, że zajmuję się ludźmi - od urodzenia do „jesieni życia” (pacjenci logopedyczni po udarach mózgowych). Jednak, w moim prywatnym gabinecie bardzo dużą grupę stanowią rodziny, które nie radzą sobie z szeroko rozumianymi problemami ich dziecka w szkole.
Dlaczego zainteresowała się Pani edukacją domową?
- Trudno powiedzieć, że „zainteresowałam się”. Mam troje dzieci. Mój najstarszy syn rozpoczął „realizację obowiązku szkolnego” w 1982 roku. Była to osiedlowa szkoła na ok. 2000 uczniów. W klasie było ponad trzydzieścioro dzieci, a „Pani” - w ciąży. Toteż przebywała głównie na zwolnieniu lekarskim. Na zastępstwach „uczyła” Pani Woźna... Syn poszedł do szkoły, umiejąc czytać, pisać i liczyć, kiedy jednak przyniósł mi ze szkoły torebkę cukru, wafelki i mąkę z napisami po rosyjsku oraz oświadczył, że to dar dzieci radzieckich dla polskich dzieci (był stan wojenny), stwierdziliśmy z mężem, że najkorzystniej dla naszego dziecka będzie jak najmniej przebywać w szkole. Realizowaliśmy ten program i wobec niego, i wobec jego młodszej o ponad trzy lata siostry - przez całą szkołę podstawową. Dzieci w zasadzie niczego (w sensie pozytywnym) nie uczyły się w szkole. Było to najlepiej widać, kiedy wyjeżdżaliśmy np. w góry na 2-3 tygodnie i po powrocie okazywało się, że nasze dzieci nie tylko przyswoiły „treści programowe”, jakie wyznaczyła nam szkoła, ale też wybiegły daleko naprzód z materiałem, podczas gdy dzieci w klasie nie były jeszcze nawet na półmetku... Nasza edukacja domowa właściwie odbywała się wszędzie, i można tak powiedzieć - mimochodem. Np. podczas jazdy samochodem, na dłuższej trasie urządzaliśmy konkursy, podczas których nasze dzieci, nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy, przyswajały w zabawie duże porcje wiedzy szkolnej i „pozaszkolnej”. Często podróżowaliśmy po Polsce, zwiedzając ciekawe miejsca i ZAWSZE wynajmując indywidualnie przewodnika, który zupełnie inaczej mówił do dwójki dzieci, niż do szkolnej wycieczki. Robiliśmy podczas takich wypraw dużo zdjęć, które sami wywoływaliśmy, dyskutując i wspominając. Do kl. piątej szkoły podstawowej uczyłam dzieci wszystkiego sama. W szóstej klasie musiałam oddać mężowi matematykę i fizykę. Rozwijała się też swoista wymiana usług z innymi rodzinami, których dzieci też chodziły do szkoły, i też nie były tam niczego uczone. Moją specjalnością przez długie lata, do liceum włącznie, był j. polski, historia, biologia i - oczywiście - nauczanie początkowe. Angielskiego uczył bardzo dobry lektor. Kiedy urodziło się nam w 1990 roku trzecie dziecko i okazało się być ciężkim dyslektykiem, jako zaprawiona w boju edukatorka domowa - po prostu „kontynuowałam proceder”. Różnica polegała wyłącznie na tym, że syn zapisany był do małej szkoły niepublicznej, z którą do pewnego momentu udawało mi się współpracować. Kiedy (chyba pod wpływem Pani artykułów w „Najwyższym Czasie”) odkryłam stronę „edukacji domowej” - po prostu bardzo się ucieszyłam, regularnie tu zaglądam i propaguję ją, gdzie mogę.
Czy gdyby Pani dzieci rodziły się teraz, czy chciałaby je Pani nauczać domowo? Dlaczego?
- Na pewno. Po pierwsze - bardzo lubię uczyć. Po drugie - może to zabrzmi osobliwie, ale dobrowolne oddawanie swoich dzieci w ręce obcych, nieznanych i przypadkowych (nie mamy przecież najmniejszego wpływu na to, kogo „władze oświatowe” zatrudniają - jedynym kryterium są wymagane dokumenty...) ludzi, regularnie i na wiele godzin dziennie - uważam za coś nieprawdopodobnie dziwacznego. Mam znajomych wśród miłośników psów i koni (sama mam dwa piękne setery irlandzkie) i wiem, że żaden właściciel rasowego psa ani konia nie chciałby rozstawać się ze swoim podopiecznym tak wcześnie i w ten sposób. Obawiałby się, że inne osoby będą miały niekontrolowany, nieakceptowany i - być może - szkodliwy wpływ na jego cennego pupila. Wszystkie poradniki racjonalnego wychowywania seterów, dogów czy dalmatyńczyków zwracają uwagę na wielkie znaczenie wczesnej więzi emocjonalnej hodowcy i podopiecznego, kształtowanej w stałym kontakcie z jednym opiekunem oraz na nieodwracalne skutki zaniedbań i błędów w tej dziedzinie. Podkreślają konieczność regularnego przebywania właściciela ze swoim wychowankiem i organizowania dla niego sytuacji, w których - przez wspólną zabawę - można osiągnąć u pupila pożądane zachowania i umiejętności... Czy nie na tym właśnie polega, z grubsza rzecz ujmując, wychowanie? A przecież człowiek jest istotą o wiele bardziej cenną, skomplikowaną i - wrażliwą! Błędy i zaniedbania, popełnione we wczesnym dzieciństwie „owocują” szerokim wachlarzem przeróżnych trudności charakterologicznych i adaptacyjnych. Z mojego doświadczenia wynika, że większość tzw. nerwic szkolnych powstaje we wczesnym dzieciństwie, a rola przedszkola od 3 roku życia wydaje się tutaj niedoceniana i przemilczana. O żłobkach nie wspominając. Tymczasem coraz więcej osób dobrowolnie pozbywa się kontaktu fizycznego i emocjonalnego z własnymi dziećmi, posyłając je np. do przedszkola już w wieku 2,5-3 lat. Ludzie ci święcie wierzą, że „to dla dobra dziecka”, że „będzie miało lepszy start”. Pozbawiają się więc możliwości uczestniczenia w jego rozwoju, pozostawiając to obcym, nieznanym ludziom. Narażają je na silne, negatywne emocje, związane z ciężkim naruszeniem poczucia bezpieczeństwa oraz na przeżycia, o których na pewno nigdy się od tak małego dziecka nie dowiedzą, a które często „wloką się” za nim przez całe życie. Nie chcą, nie potrafią lub nie mogą być przewodnikami swoich dzieci w świecie, w odkrywaniu i interpretowaniu tego świata. Mimo, że są to często ludzie rozsądni, wykształceni i odnoszą sukcesy w trudnych, odpowiedzialnych rolach zawodowych - w sposób dla mnie niepojęty wierzą, że ich trzy-, cztero- lub pięciolatek nauczy się czegoś cennego i dobrego od trzydziestoosobowej grupy równolatków, dozorowanych przez jedną „panią”, od której władze szkolne oczekują tylko dwóch rzeczy: żeby nie było wypadku i żeby „został zrealizowany program”. Wiem, że dom, rodzina, przyjaciele to naturalne środowisko człowieka, i że liczenie rzędów pierniczków na blasze z babcią to lepsza (bo naturalna) lekcja arytmetyki, niż sztuczne sytuacje w klasie.
Powodów zresztą jest, tak naprawdę, dużo więcej, bo wystarczyłoby mi przytoczyć problemy, z jakimi przychodzą do mnie rodzice uczniów, żeby zdać sobie jasno sprawę z tego, że te problemy najprawdopodobniej nigdy by nie wystąpiły, gdyby nie stworzył ich sztywny, nienaturalny system szkolny.
Niektórzy psycholodzy uważają, że dzieci, które nie chodzą do szkoły będą miały problemy z powodu braku tamtejszej socjalizacji. Co Pani na to?
- Dobrze to Pani ujęła - „tamtejszej socjalizacji”. Szkoła, system i metody nauczania, procesy grupowe, występujące w klasie - na pewno czegoś uczą. Tylko trzeba sobie jednak zadać ważne pytanie. I byłoby bardzo dobrze, gdyby ludzie zadawali je sobie jak najwcześniej, może nawet, zanim urodzi im się dziecko. A to pytanie brzmi: kim dla mnie jest moje dziecko i na jakiego człowieka chcę je wychować? Myślę, że odpowiedzi każdy musi szukać w sobie i w swoim systemie wartości. Czy moje dziecko chcę wychowywać osobiście, zgodnie z moim systemem wartości, na człowieka kreatywnego, myślącego, otwartego i niezależnego intelektualnie czy wolę oddać je w ręce tzw. specjalistów. Bo szkoła, siłą rzeczy, nie znosi żadnych „odchyleń od normy”. Wiele już o tym napisano, również na Stronie Edukacji Domowej. Dzieci z „trudnościami szkolnymi”, tak samo, jak dzieci wybitne, nie mieszczą się w tym systemie. Reszta, jeżeli chce przetrwać, to musi nauczyć się konformizmu i stosować mimikrę. Samodzielne myślenie, odrębne zdanie jest niemile widziane i często tak finezyjnie tępione, że trudno nawet coś komuś konkretnie zarzucić. W coraz niższych klasach pojawia się zjawisko tzw. drugiego życia (zwanego też „falą”). Agresja, spowodowana m.in. zagęszczeniem klas, niedotlenieniem, przemęczeniem i nieracjonalnymi planami lekcji - kwitnie. Powstają coraz to nowe (i sowicie opłacane z naszych podatków!) cudowne recepty i programy na zwalczanie tej agresji. Również w przedszkolu! Można powiedzieć, parafrazując słynną wypowiedź Stefana Kisielewskiego, że szkoła bohatersko zwalcza problemy, nieznane tam, gdzie nie istnieje przymus szkolny...To wszystko są elementy szkolnej socjalizacji. Można z niej wyjść okaleczonym psychicznie, moralnie i fizycznie. Tabloidy pełne są soczystych opisów takich zdarzeń. Z drugiej strony - przeróżne poradniki dla młodych matek i rodziców płci obojga zawierają regularnie w nich zamieszczane artykuły, w których autorytatywnie stwierdza się, że dla prawidłowego rozwoju dziecka i jego przyszłego szczęścia należy wyrwać je jak najwcześniej ze środowiska rodzinnego i oddać w zręczne ręce specjalistów, którzy już tam najlepiej wiedzą, jak i czego uczyć nasze dzieci. Zupełnie magiczną formułą jest tutaj stwierdzenie, (traktowane jako argument ), że „takie są standardy europejskie”.
Czy zna Pani osoby, które uczą domowo?
- I znowu trudno mi na to pytanie odpowiedzieć po prostu: „tak” lub „nie”. A to dlatego, że nie mam osobiście (poza znajomościami internetowo-telefonicznymi, że tak się wyrażę...) nikogo prywatnie znajomego, kto „zgodnie z literą prawa” zabrałby dziecko ze szkoły i nauczał je wyłącznie we własnym zakresie. A jednocześnie znam bardzo wiele osób, których dzieci, zgodnie z obowiązującym przymusem - do szkoły chodzą, przebywają tam codziennie po wiele godzin, a następnie, po powrocie do domu - są od nowa wszystkiego uczone przez domowników, tym razem skutecznie. Dzieje się tak szczególnie w przypadku tzw. dyslektyków, którzy w warunkach szkolnych, przy stosowaniu powszechnie obowiązujących metod nauczania - zwyczajnie nie są w stanie skorzystać z edukacji proponowanej przez takie placówki. Sama doświadczyłam takiego „podwójnego życia edukacyjnego” z moim najmłodszym dzieckiem, teraz już uczniem II klasy LO. W wyniku takich praktyk dziecko i jego rodzice chodzą permanentnie zmęczeni, a czas, który można by inaczej (i niewątpliwie lepiej) wykorzystać - traci się często na bezproduktywne siedzenie w klasie. Od kiedy wiem o możliwości nauczania domowego, informuję o tym wszystkich takich rodziców. Jak do tej pory - o ile wiem - nikt jeszcze na takie „rewolucyjne” posunięcie się nie zdecydował. Ja sama proponowałam także mojemu synowi takie rozwiązanie, ale to było już pod koniec gimnazjum i chyba względy towarzyskie spowodowały, że nie zechciał z tej propozycji skorzystać. Być może okres dojrzewania (i powolne zbliżanie się ku końcowi edukacji szkolnej) nie jest więc najszczęśliwszym momentem na rozpoczynanie edukacji domowej...
A czy zna Pani osoby sławne, które były nauczane domowo?
- Tak, oczywiście wiem o takich sławach, jak Albert Einstein czy Tomasz A. Edison. Jednak wiem też ( jak wszyscy ludzie, chętnie czytający biografie), że właściwie do końca XIX w. mało która ze słynnych później osób chodziła do jakiejś szkoły. To z reguły szkoła przychodziła do domu, czy to w osobach specjalnie wyszukanych i zatrudnianych nauczycieli lub guwernerów, czy też po prostu - wykształceni (też najczęściej domowo, przynajmniej do pewnego momentu) członkowie rodziny (matki, ojcowie, krewni) brali na siebie to zadanie. Żeby daleko nie szukać, to moi Rodzice, choć nie byli sławni, mogliby tutaj służyć za przykład takiej rodzinnej korporacji edukacyjnej. Oboje byli najmłodszymi dziećmi pośród licznego rodzeństwa. W wyniku „nikomu nieznanych procesów”, ot tak, po prostu i nie wiadomo jak i kiedy, w wieku 5 lat umieli dobrze czytać, pisać i liczyć. Umiejętności te zdobyli bez żadnego wysiłku, towarzysząc po prostu starszemu rodzeństwu, które uczone było w domu przez tych najstarszych. W większości znanych mi wieloosobowych rodzin taka sytuacja jest powszechna. Tam, gdzie nie istnieją problemy rozwojowe - wystarczy wrodzona, spontaniczna ciekawość dzieci, żeby niejako mimochodem przyswajały wszelką wiedzę i informację, na jaką się natkną. Jeżeli to będzie zielony żuczek na spacerze w lesie, to zapytają o niego, a otrzymaną odpowiedź zachowają na długo, bo oprócz czystej informacji słownej, będzie ona miała dla nich i zapach lasu, i szelest liści i poczucie bezpieczeństwa, wynikające z bliskości zaufanej osoby i indywidualnego kontaktu.
Nauczanie domowe, to nauczanie spontaniczne, indywidualne, a więc dostosowane zawsze i na bieżąco do aktualnych potrzeb i możliwości osób, biorących udział w tym akcie. To poszanowanie dla indywidualności człowieka (i dziecka, i dorosłego) nawet w tak, wydawałoby się, „błahym” aspekcie, jak samopoczucie, związane z porą dnia, warunkami meteorologicznymi i typem reaktywności partnerów. Taka indywidualna, niemal intymna relacja umożliwia łagodne przechodzenie od konkretów do abstrakcji, wyciąganie wniosków i stawianie oraz sprawdzanie hipotez. Spełnienie tych warunków gwarantuje optymalne efekty w postaci umiejętności kreatywnej obserwacji, niezależności myślenia i obrony swoich racji przy pomocy argumentów. W tym bliskim kontakcie można (i trzeba) dziecku przekazać swój światopogląd, a więc i system wartości, swoje przemyślenia, ale i wątpliwości. W dziedzinach, w których nie czujemy się mocni - możemy razem z dzieckiem, na jego oczach zdobywać tę wiedzę, podając ją następnie w formie przystępnej i zrozumiałej. Ja, jako dość doświadczona matka i babcia (troje dzieci i troje wnucząt) wiem, że przyznanie się do niewiedzy i poszukiwanie odpowiedzi razem z dzieckiem - nie tylko nie umniejsza autorytetu rodzica, ale wręcz przeciwnie, uczy dziecko szacunku dla rzetelności i uczciwości. Tak wychowywany człowiek ma też szansę być wolnym wewnętrznie, bez względu na zewnętrzne okoliczności.
John T. Gatto, krytyk szkół, powiedział, że do prawidłowego rozwoju dziecka potrzebna jest mu samotność i prywatność. Wskazywał na fakt, że dziś ludzie nie mogą znieść własnego towarzystwa, potrzebują telewizora, telefonu, licznych, powierzchownych relacji, w szkole w zasadzie nie mają prywatności... Jakie jest Pani zdanie na ten temat?
- Zgadzam się z tym. Człowiek, nawet bardzo malutki, potrzebuje przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Tę najbardziej elementarną potrzebę zaspokoić może tylko stabilny kontakt psychiczny i fizyczny z najbliższymi osobami. Aby móc opuścić swoją mamę choćby na moment, trzeba najpierw wiele razy przekonać się, że można do niej w dowolnym momencie wrócić, ponieważ ona nie „znika” np. za drzwiami. Takie pozytywne doświadczenia umożliwiają maluchowi coraz dłuższe przebywanie we względnej izolacji (chociażby pod stołem!), gdzie dziecko już ok. 2-3 r.ż., manipulując zabawkami - przetwarza swoją wiedzę i kontakty społeczne, klasyfikuje zdobyte doświadczenia i próbuje je „zastosować” wobec misiów czy lalek. Tak uczy się po prostu żyć. Uczy się też przebywania z samym sobą, co w przyszłości zaowocuje umiejętnością refleksji i autorefleksji, którą psychologowie nazywają „wglądem w samego siebie”. To niezwykle cenna i pożądana umiejętność, ponieważ w przyszłości gwarantuje optymalną kontrolę nad swoim życiem i postępowaniem, możliwości szybkiej autokorekty, a w efekcie tak osławioną i pożądaną „asertywność”. Cisza i spokój sprzyjają temu procesowi.
Jeżeli człowiek ma zaburzone poczucie bezpieczeństwa, to dominującym odczuciem staje się niepokój i lęk. Ten lęk jest najczęściej nieokreślony. Wtedy samotność staje się nie do zniesienia. Stale włączone radio czy telewizor mają zagłuszyć poczucie zagrożenia i odwrócić naszą uwagę od narastającego napięcia. W domach, gdzie takie urządzenia dominują, relacje między członkami rodziny nie mają się jak i kiedy rozwinąć. Ludzie Ci nie rozwiązują swoich problemów, tylko np. żyją życiem serialowych postaci. Znam, niestety, takie domy, gdzie każdy (nawet sześcioletni!) członek rodziny ma w swoim pokoju własny zestaw, składający się z radia, telewizora i komputera. Każdy żyje swoim na wpół wirtualno-medialnym życiem, wpływ rodziców na dzieci jest tylko formalny, a treści, płynące z głośników i ekranów są traktowane, jak prawdy objawione... Myślę, że człowiek, mimo postępu techniki, jest wciąż taki sam - ma określone potrzeby psychiczne: bezpieczeństwa, miłości, bliskości, uznania czy sukcesu. A do ich realizacji potrzebny mu jest - do końca życia - drugi, bliski człowiek. Właściwym miejscem dla takich relacji powinien być dom, w którym dziecko znajdzie i bliskość, i samotność i intymność. Żadna instytucja publiczna, z oczywistych względów, nie może zapewnić dziecku takich warunków.
Dziękuję za rozmowę.
„Cisza, spokój, bezpieczeństwo - czy to właśnie nasze dziecko znajdzie w szkole? ”
- rozmowa z psychologiem Barbarą Kozieł-Graczyk o edukacji domowej.
Czym konkretnie zajmuje się Pani w swojej pracy psychologicznej?
- To dość skomplikowana sprawa. W 1975 roku ukończyłam - na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu - studia psychologiczne o specjalności kliniczno-penitencjarnej. Następnie ukończyłam podyplomowe studia logopedyczne, a także - pedagogiczne - w zakresie edukacji elementarnej. Później pracowałam w wielu różnych miejscach - bądź na etacie, bądź jako wolontariusz, bądź na zlecenie. Był i dom dziecka, i stowarzyszenie, wspierające osoby w kryzysach psychicznych - w tym lekomanów, narkomanów i osoby psychicznie chore oraz ich rodziny. Był dziecięcy szpital rehabilitacyjny i ośrodek wczesnej interwencji dla dzieci, a także ośrodek terapii zajęciowej dla młodzieży i dorosłych z tzw. sprzężonymi niepełnosprawnościami. Od 1995 roku współpracuję także z kilkoma uczelniami w Wielkopolsce, prowadząc wykłady, ćwiczenia i warsztaty dla studentów studiów edukacyjnych - dziennych i podyplomowych. Moimi „uczniami” są nawet klerycy z Wyższego Seminarium Duchownego - prowadzę dla nich zajęcia logopedyczne. Jednocześnie - od 1996 roku mam prywatną praktykę psychologiczno-logopedyczną. Można powiedzieć, że zajmuję się ludźmi - od urodzenia do „jesieni życia” (pacjenci logopedyczni po udarach mózgowych). Jednak, w moim prywatnym gabinecie bardzo dużą grupę stanowią rodziny, które nie radzą sobie z szeroko rozumianymi problemami ich dziecka w szkole.
Dlaczego zainteresowała się Pani edukacją domową?
- Trudno powiedzieć, że „zainteresowałam się”. Mam troje dzieci. Mój najstarszy syn rozpoczął „realizację obowiązku szkolnego” w 1982 roku. Była to osiedlowa szkoła na ok. 2000 uczniów. W klasie było ponad trzydzieścioro dzieci, a „Pani” - w ciąży. Toteż przebywała głównie na zwolnieniu lekarskim. Na zastępstwach „uczyła” Pani Woźna... Syn poszedł do szkoły, umiejąc czytać, pisać i liczyć, kiedy jednak przyniósł mi ze szkoły torebkę cukru, wafelki i mąkę z napisami po rosyjsku oraz oświadczył, że to dar dzieci radzieckich dla polskich dzieci (był stan wojenny), stwierdziliśmy z mężem, że najkorzystniej dla naszego dziecka będzie jak najmniej przebywać w szkole. Realizowaliśmy ten program i wobec niego, i wobec jego młodszej o ponad trzy lata siostry - przez całą szkołę podstawową. Dzieci w zasadzie niczego (w sensie pozytywnym) nie uczyły się w szkole. Było to najlepiej widać, kiedy wyjeżdżaliśmy np. w góry na 2-3 tygodnie i po powrocie okazywało się, że nasze dzieci nie tylko przyswoiły „treści programowe”, jakie wyznaczyła nam szkoła, ale też wybiegły daleko naprzód z materiałem, podczas gdy dzieci w klasie nie były jeszcze nawet na półmetku... Nasza edukacja domowa właściwie odbywała się wszędzie, i można tak powiedzieć - mimochodem. Np. podczas jazdy samochodem, na dłuższej trasie urządzaliśmy konkursy, podczas których nasze dzieci, nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy, przyswajały w zabawie duże porcje wiedzy szkolnej i „pozaszkolnej”. Często podróżowaliśmy po Polsce, zwiedzając ciekawe miejsca i ZAWSZE wynajmując indywidualnie przewodnika, który zupełnie inaczej mówił do dwójki dzieci, niż do szkolnej wycieczki. Robiliśmy podczas takich wypraw dużo zdjęć, które sami wywoływaliśmy, dyskutując i wspominając. Do kl. piątej szkoły podstawowej uczyłam dzieci wszystkiego sama. W szóstej klasie musiałam oddać mężowi matematykę i fizykę. Rozwijała się też swoista wymiana usług z innymi rodzinami, których dzieci też chodziły do szkoły, i też nie były tam niczego uczone. Moją specjalnością przez długie lata, do liceum włącznie, był j. polski, historia, biologia i - oczywiście - nauczanie początkowe. Angielskiego uczył bardzo dobry lektor. Kiedy urodziło się nam w 1990 roku trzecie dziecko i okazało się być ciężkim dyslektykiem, jako zaprawiona w boju edukatorka domowa - po prostu „kontynuowałam proceder”. Różnica polegała wyłącznie na tym, że syn zapisany był do małej szkoły niepublicznej, z którą do pewnego momentu udawało mi się współpracować. Kiedy (chyba pod wpływem Pani artykułów w „Najwyższym Czasie”) odkryłam stronę „edukacji domowej” - po prostu bardzo się ucieszyłam, regularnie tu zaglądam i propaguję ją, gdzie mogę.
Czy gdyby Pani dzieci rodziły się teraz, czy chciałaby je Pani nauczać domowo? Dlaczego?
- Na pewno. Po pierwsze - bardzo lubię uczyć. Po drugie - może to zabrzmi osobliwie, ale dobrowolne oddawanie swoich dzieci w ręce obcych, nieznanych i przypadkowych (nie mamy przecież najmniejszego wpływu na to, kogo „władze oświatowe” zatrudniają - jedynym kryterium są wymagane dokumenty...) ludzi, regularnie i na wiele godzin dziennie - uważam za coś nieprawdopodobnie dziwacznego. Mam znajomych wśród miłośników psów i koni (sama mam dwa piękne setery irlandzkie) i wiem, że żaden właściciel rasowego psa ani konia nie chciałby rozstawać się ze swoim podopiecznym tak wcześnie i w ten sposób. Obawiałby się, że inne osoby będą miały niekontrolowany, nieakceptowany i - być może - szkodliwy wpływ na jego cennego pupila. Wszystkie poradniki racjonalnego wychowywania seterów, dogów czy dalmatyńczyków zwracają uwagę na wielkie znaczenie wczesnej więzi emocjonalnej hodowcy i podopiecznego, kształtowanej w stałym kontakcie z jednym opiekunem oraz na nieodwracalne skutki zaniedbań i błędów w tej dziedzinie. Podkreślają konieczność regularnego przebywania właściciela ze swoim wychowankiem i organizowania dla niego sytuacji, w których - przez wspólną zabawę - można osiągnąć u pupila pożądane zachowania i umiejętności... Czy nie na tym właśnie polega, z grubsza rzecz ujmując, wychowanie? A przecież człowiek jest istotą o wiele bardziej cenną, skomplikowaną i - wrażliwą! Błędy i zaniedbania, popełnione we wczesnym dzieciństwie „owocują” szerokim wachlarzem przeróżnych trudności charakterologicznych i adaptacyjnych. Z mojego doświadczenia wynika, że większość tzw. nerwic szkolnych powstaje we wczesnym dzieciństwie, a rola przedszkola od 3 roku życia wydaje się tutaj niedoceniana i przemilczana. O żłobkach nie wspominając. Tymczasem coraz więcej osób dobrowolnie pozbywa się kontaktu fizycznego i emocjonalnego z własnymi dziećmi, posyłając je np. do przedszkola już w wieku 2,5-3 lat. Ludzie ci święcie wierzą, że „to dla dobra dziecka”, że „będzie miało lepszy start”. Pozbawiają się więc możliwości uczestniczenia w jego rozwoju, pozostawiając to obcym, nieznanym ludziom. Narażają je na silne, negatywne emocje, związane z ciężkim naruszeniem poczucia bezpieczeństwa oraz na przeżycia, o których na pewno nigdy się od tak małego dziecka nie dowiedzą, a które często „wloką się” za nim przez całe życie. Nie chcą, nie potrafią lub nie mogą być przewodnikami swoich dzieci w świecie, w odkrywaniu i interpretowaniu tego świata. Mimo, że są to często ludzie rozsądni, wykształceni i odnoszą sukcesy w trudnych, odpowiedzialnych rolach zawodowych - w sposób dla mnie niepojęty wierzą, że ich trzy-, cztero- lub pięciolatek nauczy się czegoś cennego i dobrego od trzydziestoosobowej grupy równolatków, dozorowanych przez jedną „panią”, od której władze szkolne oczekują tylko dwóch rzeczy: żeby nie było wypadku i żeby „został zrealizowany program”. Wiem, że dom, rodzina, przyjaciele to naturalne środowisko człowieka, i że liczenie rzędów pierniczków na blasze z babcią to lepsza (bo naturalna) lekcja arytmetyki, niż sztuczne sytuacje w klasie.
Powodów zresztą jest, tak naprawdę, dużo więcej, bo wystarczyłoby mi przytoczyć problemy, z jakimi przychodzą do mnie rodzice uczniów, żeby zdać sobie jasno sprawę z tego, że te problemy najprawdopodobniej nigdy by nie wystąpiły, gdyby nie stworzył ich sztywny, nienaturalny system szkolny.
Niektórzy psycholodzy uważają, że dzieci, które nie chodzą do szkoły będą miały problemy z powodu braku tamtejszej socjalizacji. Co Pani na to?
- Dobrze to Pani ujęła - „tamtejszej socjalizacji”. Szkoła, system i metody nauczania, procesy grupowe, występujące w klasie - na pewno czegoś uczą. Tylko trzeba sobie jednak zadać ważne pytanie. I byłoby bardzo dobrze, gdyby ludzie zadawali je sobie jak najwcześniej, może nawet, zanim urodzi im się dziecko. A to pytanie brzmi: kim dla mnie jest moje dziecko i na jakiego człowieka chcę je wychować? Myślę, że odpowiedzi każdy musi szukać w sobie i w swoim systemie wartości. Czy moje dziecko chcę wychowywać osobiście, zgodnie z moim systemem wartości, na człowieka kreatywnego, myślącego, otwartego i niezależnego intelektualnie czy wolę oddać je w ręce tzw. specjalistów. Bo szkoła, siłą rzeczy, nie znosi żadnych „odchyleń od normy”. Wiele już o tym napisano, również na Stronie Edukacji Domowej. Dzieci z „trudnościami szkolnymi”, tak samo, jak dzieci wybitne, nie mieszczą się w tym systemie. Reszta, jeżeli chce przetrwać, to musi nauczyć się konformizmu i stosować mimikrę. Samodzielne myślenie, odrębne zdanie jest niemile widziane i często tak finezyjnie tępione, że trudno nawet coś komuś konkretnie zarzucić. W coraz niższych klasach pojawia się zjawisko tzw. drugiego życia (zwanego też „falą”). Agresja, spowodowana m.in. zagęszczeniem klas, niedotlenieniem, przemęczeniem i nieracjonalnymi planami lekcji - kwitnie. Powstają coraz to nowe (i sowicie opłacane z naszych podatków!) cudowne recepty i programy na zwalczanie tej agresji. Również w przedszkolu! Można powiedzieć, parafrazując słynną wypowiedź Stefana Kisielewskiego, że szkoła bohatersko zwalcza problemy, nieznane tam, gdzie nie istnieje przymus szkolny...To wszystko są elementy szkolnej socjalizacji. Można z niej wyjść okaleczonym psychicznie, moralnie i fizycznie. Tabloidy pełne są soczystych opisów takich zdarzeń. Z drugiej strony - przeróżne poradniki dla młodych matek i rodziców płci obojga zawierają regularnie w nich zamieszczane artykuły, w których autorytatywnie stwierdza się, że dla prawidłowego rozwoju dziecka i jego przyszłego szczęścia należy wyrwać je jak najwcześniej ze środowiska rodzinnego i oddać w zręczne ręce specjalistów, którzy już tam najlepiej wiedzą, jak i czego uczyć nasze dzieci. Zupełnie magiczną formułą jest tutaj stwierdzenie, (traktowane jako argument ), że „takie są standardy europejskie”.
Czy zna Pani osoby, które uczą domowo?
- I znowu trudno mi na to pytanie odpowiedzieć po prostu: „tak” lub „nie”. A to dlatego, że nie mam osobiście (poza znajomościami internetowo-telefonicznymi, że tak się wyrażę...) nikogo prywatnie znajomego, kto „zgodnie z literą prawa” zabrałby dziecko ze szkoły i nauczał je wyłącznie we własnym zakresie. A jednocześnie znam bardzo wiele osób, których dzieci, zgodnie z obowiązującym przymusem - do szkoły chodzą, przebywają tam codziennie po wiele godzin, a następnie, po powrocie do domu - są od nowa wszystkiego uczone przez domowników, tym razem skutecznie. Dzieje się tak szczególnie w przypadku tzw. dyslektyków, którzy w warunkach szkolnych, przy stosowaniu powszechnie obowiązujących metod nauczania - zwyczajnie nie są w stanie skorzystać z edukacji proponowanej przez takie placówki. Sama doświadczyłam takiego „podwójnego życia edukacyjnego” z moim najmłodszym dzieckiem, teraz już uczniem II klasy LO. W wyniku takich praktyk dziecko i jego rodzice chodzą permanentnie zmęczeni, a czas, który można by inaczej (i niewątpliwie lepiej) wykorzystać - traci się często na bezproduktywne siedzenie w klasie. Od kiedy wiem o możliwości nauczania domowego, informuję o tym wszystkich takich rodziców. Jak do tej pory - o ile wiem - nikt jeszcze na takie „rewolucyjne” posunięcie się nie zdecydował. Ja sama proponowałam także mojemu synowi takie rozwiązanie, ale to było już pod koniec gimnazjum i chyba względy towarzyskie spowodowały, że nie zechciał z tej propozycji skorzystać. Być może okres dojrzewania (i powolne zbliżanie się ku końcowi edukacji szkolnej) nie jest więc najszczęśliwszym momentem na rozpoczynanie edukacji domowej...
A czy zna Pani osoby sławne, które były nauczane domowo?
- Tak, oczywiście wiem o takich sławach, jak Albert Einstein czy Tomasz A. Edison. Jednak wiem też ( jak wszyscy ludzie, chętnie czytający biografie), że właściwie do końca XIX w. mało która ze słynnych później osób chodziła do jakiejś szkoły. To z reguły szkoła przychodziła do domu, czy to w osobach specjalnie wyszukanych i zatrudnianych nauczycieli lub guwernerów, czy też po prostu - wykształceni (też najczęściej domowo, przynajmniej do pewnego momentu) członkowie rodziny (matki, ojcowie, krewni) brali na siebie to zadanie. Żeby daleko nie szukać, to moi Rodzice, choć nie byli sławni, mogliby tutaj służyć za przykład takiej rodzinnej korporacji edukacyjnej. Oboje byli najmłodszymi dziećmi pośród licznego rodzeństwa. W wyniku „nikomu nieznanych procesów”, ot tak, po prostu i nie wiadomo jak i kiedy, w wieku 5 lat umieli dobrze czytać, pisać i liczyć. Umiejętności te zdobyli bez żadnego wysiłku, towarzysząc po prostu starszemu rodzeństwu, które uczone było w domu przez tych najstarszych. W większości znanych mi wieloosobowych rodzin taka sytuacja jest powszechna. Tam, gdzie nie istnieją problemy rozwojowe - wystarczy wrodzona, spontaniczna ciekawość dzieci, żeby niejako mimochodem przyswajały wszelką wiedzę i informację, na jaką się natkną. Jeżeli to będzie zielony żuczek na spacerze w lesie, to zapytają o niego, a otrzymaną odpowiedź zachowają na długo, bo oprócz czystej informacji słownej, będzie ona miała dla nich i zapach lasu, i szelest liści i poczucie bezpieczeństwa, wynikające z bliskości zaufanej osoby i indywidualnego kontaktu.
Nauczanie domowe, to nauczanie spontaniczne, indywidualne, a więc dostosowane zawsze i na bieżąco do aktualnych potrzeb i możliwości osób, biorących udział w tym akcie. To poszanowanie dla indywidualności człowieka (i dziecka, i dorosłego) nawet w tak, wydawałoby się, „błahym” aspekcie, jak samopoczucie, związane z porą dnia, warunkami meteorologicznymi i typem reaktywności partnerów. Taka indywidualna, niemal intymna relacja umożliwia łagodne przechodzenie od konkretów do abstrakcji, wyciąganie wniosków i stawianie oraz sprawdzanie hipotez. Spełnienie tych warunków gwarantuje optymalne efekty w postaci umiejętności kreatywnej obserwacji, niezależności myślenia i obrony swoich racji przy pomocy argumentów. W tym bliskim kontakcie można (i trzeba) dziecku przekazać swój światopogląd, a więc i system wartości, swoje przemyślenia, ale i wątpliwości. W dziedzinach, w których nie czujemy się mocni - możemy razem z dzieckiem, na jego oczach zdobywać tę wiedzę, podając ją następnie w formie przystępnej i zrozumiałej. Ja, jako dość doświadczona matka i babcia (troje dzieci i troje wnucząt) wiem, że przyznanie się do niewiedzy i poszukiwanie odpowiedzi razem z dzieckiem - nie tylko nie umniejsza autorytetu rodzica, ale wręcz przeciwnie, uczy dziecko szacunku dla rzetelności i uczciwości. Tak wychowywany człowiek ma też szansę być wolnym wewnętrznie, bez względu na zewnętrzne okoliczności.
John T. Gatto, krytyk szkół, powiedział, że do prawidłowego rozwoju dziecka potrzebna jest mu samotność i prywatność. Wskazywał na fakt, że dziś ludzie nie mogą znieść własnego towarzystwa, potrzebują telewizora, telefonu, licznych, powierzchownych relacji, w szkole w zasadzie nie mają prywatności... Jakie jest Pani zdanie na ten temat?
- Zgadzam się z tym. Człowiek, nawet bardzo malutki, potrzebuje przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Tę najbardziej elementarną potrzebę zaspokoić może tylko stabilny kontakt psychiczny i fizyczny z najbliższymi osobami. Aby móc opuścić swoją mamę choćby na moment, trzeba najpierw wiele razy przekonać się, że można do niej w dowolnym momencie wrócić, ponieważ ona nie „znika” np. za drzwiami. Takie pozytywne doświadczenia umożliwiają maluchowi coraz dłuższe przebywanie we względnej izolacji (chociażby pod stołem!), gdzie dziecko już ok. 2-3 r.ż., manipulując zabawkami - przetwarza swoją wiedzę i kontakty społeczne, klasyfikuje zdobyte doświadczenia i próbuje je „zastosować” wobec misiów czy lalek. Tak uczy się po prostu żyć. Uczy się też przebywania z samym sobą, co w przyszłości zaowocuje umiejętnością refleksji i autorefleksji, którą psychologowie nazywają „wglądem w samego siebie”. To niezwykle cenna i pożądana umiejętność, ponieważ w przyszłości gwarantuje optymalną kontrolę nad swoim życiem i postępowaniem, możliwości szybkiej autokorekty, a w efekcie tak osławioną i pożądaną „asertywność”. Cisza i spokój sprzyjają temu procesowi.
Jeżeli człowiek ma zaburzone poczucie bezpieczeństwa, to dominującym odczuciem staje się niepokój i lęk. Ten lęk jest najczęściej nieokreślony. Wtedy samotność staje się nie do zniesienia. Stale włączone radio czy telewizor mają zagłuszyć poczucie zagrożenia i odwrócić naszą uwagę od narastającego napięcia. W domach, gdzie takie urządzenia dominują, relacje między członkami rodziny nie mają się jak i kiedy rozwinąć. Ludzie Ci nie rozwiązują swoich problemów, tylko np. żyją życiem serialowych postaci. Znam, niestety, takie domy, gdzie każdy (nawet sześcioletni!) członek rodziny ma w swoim pokoju własny zestaw, składający się z radia, telewizora i komputera. Każdy żyje swoim na wpół wirtualno-medialnym życiem, wpływ rodziców na dzieci jest tylko formalny, a treści, płynące z głośników i ekranów są traktowane, jak prawdy objawione... Myślę, że człowiek, mimo postępu techniki, jest wciąż taki sam - ma określone potrzeby psychiczne: bezpieczeństwa, miłości, bliskości, uznania czy sukcesu. A do ich realizacji potrzebny mu jest - do końca życia - drugi, bliski człowiek. Właściwym miejscem dla takich relacji powinien być dom, w którym dziecko znajdzie i bliskość, i samotność i intymność. Żadna instytucja publiczna, z oczywistych względów, nie może zapewnić dziecku takich warunków.
Dziękuję za rozmowę.
-
michał
- Gazda z Farfurni
- Posts: 2480
- Joined: 07 Aug 2007, 10:56
- Location: tam, gdzie wrony zawracają
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Isia - czytałem ten wywiad, czytałem chyba wszystko, co watro na pierwszych kilkunastu stronach Googli. Prawie wszędzie jest to samo, to w sumie zrozumiałe.
Ale najwięcej nam dały rozmowy z Sawickimi, byliśmy u nich w weekend, między innymi ostatnio zajmują się szkoleniem rodziców, którzy się podjęli ED. Ale robią też wiele innych niezwyczajnych rzeczy.
Bea - to względnie blisko Ciebie, koło Korbielowa.
Agnieszka - spróbuj z innymi terminami, na prawdę warto. Pobyt u nich jest jak rekolekcje... - poważnie.
Ale najwięcej nam dały rozmowy z Sawickimi, byliśmy u nich w weekend, między innymi ostatnio zajmują się szkoleniem rodziców, którzy się podjęli ED. Ale robią też wiele innych niezwyczajnych rzeczy.
Bea - to względnie blisko Ciebie, koło Korbielowa.
Agnieszka - spróbuj z innymi terminami, na prawdę warto. Pobyt u nich jest jak rekolekcje... - poważnie.
--------------------------------------------------
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Dawno nie zaglądałam na to forum ani nie pisałam...Ale temat edukacji domowej jest bliski memu sercu :)
michale - odpowiedziałam na Twój post na forum ED. Olę i Marcina poznałam 2 lata temu. W grudniu byłam u nich na tygodniowych warsztatach "Metoda montessori w domu".Dzieci mamy czworo, najstarszy syn ma 6 lat więc formalnie edukację domową zacznie we wrześniu (choć moim zdaniem trwa od od urodzenia - nie korzystamy z przedszkoli i żłobków). Na ED zdecydowaliśmy się z mężem po doświadczeniu pracy w szkole ( obydwoje byliśmy nauczycielami).
Do metody M.Montessori dojrzewałam stopniowo ale to inna historia.
michale - odpowiedziałam na Twój post na forum ED. Olę i Marcina poznałam 2 lata temu. W grudniu byłam u nich na tygodniowych warsztatach "Metoda montessori w domu".Dzieci mamy czworo, najstarszy syn ma 6 lat więc formalnie edukację domową zacznie we wrześniu (choć moim zdaniem trwa od od urodzenia - nie korzystamy z przedszkoli i żłobków). Na ED zdecydowaliśmy się z mężem po doświadczeniu pracy w szkole ( obydwoje byliśmy nauczycielami).
Do metody M.Montessori dojrzewałam stopniowo ale to inna historia.
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
-
Bea
- domownik
- Posts: 137
- Joined: 18 Jun 2007, 12:36
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Wybrałabym się chętnie na takie szkolenie dla rodziców , uczenie wg Montessorii nieco poznałam na warsztatach w przedszkolu Frycka - jego tez czeka nauczanie domowe , zerówka przedszkolna się rozsypała- dzieci idą do szkół.
pod skrzydłami piątka dzieci :)
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Tą koleżanką o której pisze mawilcz jestem ja:) Gosiu - to ja Ola, zalogowałam się w końcu:)))
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
-
kasiapiw
- Generalissimus domownikuss
- Posts: 1253
- Joined: 08 Feb 2008, 17:03
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Olaja-witam Cie serdecznie-my sie kochani znamy b dobrze:)))z Mawilcz takze:)))
Ciesze sie strasznie!!!
Ciesze sie strasznie!!!
-
Bea
- domownik
- Posts: 137
- Joined: 18 Jun 2007, 12:36
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Olu , Ty masz podobno materiały montessoriańskie sprowadzane z Chin :) - możesz coś na ten temat napisać ? Bo chciałąm jechać na zlot ed , gdzie miałaś coś na ten temat mówić , ale nie wyrobię się finansowo - córkę wysyłamy na wycieczkę szkolną do Grecji .
pod skrzydłami piątka dzieci :)
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Tak , właśnie płyną z Szanghaju
Kanadyjska firma ma tam fabrykę. Nie wiem czy wyjdzie mnie dużo taniej niż miałabym kupić ze Stanów (powiem jak zapłacę cło i transport z Gdyni do nas do domu).
Bea szkoda że nie przyjedziesz na zjazd.A co byś konkretnie chciała wiedzieć - bo to długa historia
Kasiapiw - kochana - dobrze Cię widzieć od rana! (zrymowało mi się)
Bea szkoda że nie przyjedziesz na zjazd.A co byś konkretnie chciała wiedzieć - bo to długa historia
Kasiapiw - kochana - dobrze Cię widzieć od rana! (zrymowało mi się)
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
-
agnieszka
- Generalissimus domownikuss
- Posts: 1856
- Joined: 22 Jun 2007, 00:41
- Contact:
Re: Edukacja domowa
dzieki Michal,zobaczymy czy uda mi sie na samym koncu w ogole przyjechac do PolskiAgnieszka - spróbuj z innymi terminami, na prawdę warto. Pobyt u nich jest jak rekolekcje... - poważnie.
wlasnie mi zaswiecilo w glowie
ide do nich znowu napisac
fajne te warsztaty dla rodzicow,Boze ile sie cudnch i ciekawych rzeczy dzieje w Polsce a ja teraz tak daleko
szkoda,ze to forum nie przyszlo na swiat w 2000 roku
-
agnieszka
- Generalissimus domownikuss
- Posts: 1856
- Joined: 22 Jun 2007, 00:41
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Ola pisz tutaj na odcinki te dluuuga historie my bedziemy z checia czytac 
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Postaram się w odcinkach co nieco napisać:)
Na razie polecam stronę moich znajomych - pasjonatów metody M.Montessori.
http://www.bycrodzicami.pl/ - o wychowaniu, edukacji, wierze, ciekawych pomocach i zrozumieniu dziecka. Na prawdę świetna strona.
Na razie polecam stronę moich znajomych - pasjonatów metody M.Montessori.
http://www.bycrodzicami.pl/ - o wychowaniu, edukacji, wierze, ciekawych pomocach i zrozumieniu dziecka. Na prawdę świetna strona.
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Krótko napiszę że po pracy w szkole (mój mąż uczył w szkole średniej, a ja w podstawowej) stwierdziliśmy że ten system przymusu i rywalizacji jest chory, niewydolny (już jak byłam uczennicą to miałam takie wrażenie) i jak zwalniałam się ze szkoły to powiedzieliśmy sobie "never ever" - nasze dziecko nie będzie musiał przechodzić przez ten koszmar. To był czerwiec, rok 2002.Od tego czasu wiedzieliśmy ze tylko edukacja domowa wchodzi w grę. Dzięki internetowi poznaliśmy takich jak my myślących o edukacji inaczej i idziemy do przodu:) A o pedagogice montessorii oczywiście miałam na studiach ale tylko w teorii. Dopiero w 2006 bodajże na jednym ze zjazdów domowych edukatorów (mamy je 2x w roku) gościem była p. Jarek Jordan (to jego strona http://www.montessori.pl/ ) i on jako praktyk opowiedział nam o tym, przyniósł pomoce, pokazał masę zdjęć i już mnie to zaczęło interesować. Tym bardziej że byłam świeżo po lekturze książki E.Hainstock "Teaching montessori in the home".Wtedy miałam jeszcze obawy czy taka poukładana edukacja nie ogranicza dzieci. Bo mój syn miał np. drewniane klocki i te klocki raz były warzywami na straganie, innym razem cegłami na budowie, potem pieniążkami, potem pociągami, statkami, diamentami i czym zapragnął a tu mam pokazać mu różową wieżę i zabronić używać jej inaczej niż tylko zgodnie z instrukcją. Poza tym dając do ręki pomoc miałam od razu poinstruować jak jej używać. Gdzie tu miejsce na wyobraźnię, spontaniczne działania...Tego typu dylematy miałam.
Ale ostatecznie "nakręciłam się" na montessori już całkowicie po wizycie u Oli i Marcina Sawickich w 2007. Popatrzyłam trochę z innej perspektywy - już mieliśmy wtedy 3 dzieci. A 4 miesiące temu znów byłam u Nich na tygodniowych warsztatach "Metoda montessori w domu" .Dużo mi dały hospitacje w ich szkołach , obserwacje dzieci. No i rozmowy z Olą i Marcinem. Z perspektywy rodziców z czworgiem dzieci montessori świetnie wpisuje sie w edukacje domową. Już przy 2 dzieci zaczęło nam się wkradać nieuporządkowanie, chaos i powiedziałam KONIEC TEGO! Zmęczyła mnie ciągła radosna i swobodna twórczość naszych dzieci, zabawy po których pokój wyglądał jak po teksańskiej masakrze piłą mechaniczną.
I szukałam jakiejś metody na ogarnięcie tego. No i znalazłam...
O samej metodzie nie będę pisać bo inni zrobili już to lepiej.
Polecam stronę wspomnianą wcześniej :
http://www.bycrodzicami.pl/
No to się rozpisałam ale w jednej części :)
Ale ostatecznie "nakręciłam się" na montessori już całkowicie po wizycie u Oli i Marcina Sawickich w 2007. Popatrzyłam trochę z innej perspektywy - już mieliśmy wtedy 3 dzieci. A 4 miesiące temu znów byłam u Nich na tygodniowych warsztatach "Metoda montessori w domu" .Dużo mi dały hospitacje w ich szkołach , obserwacje dzieci. No i rozmowy z Olą i Marcinem. Z perspektywy rodziców z czworgiem dzieci montessori świetnie wpisuje sie w edukacje domową. Już przy 2 dzieci zaczęło nam się wkradać nieuporządkowanie, chaos i powiedziałam KONIEC TEGO! Zmęczyła mnie ciągła radosna i swobodna twórczość naszych dzieci, zabawy po których pokój wyglądał jak po teksańskiej masakrze piłą mechaniczną.
O samej metodzie nie będę pisać bo inni zrobili już to lepiej.
http://www.bycrodzicami.pl/
No to się rozpisałam ale w jednej części :)
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
-
Bea
- domownik
- Posts: 137
- Joined: 18 Jun 2007, 12:36
- Contact:
Re: Edukacja domowa
http://www.usawickich.pl/content/view/35/58/
i jak Wam się podoba ???
Wysłałam maila z pytaniem o zapisanie do szkoły i Jędrka i Frycka ( zerówka) , oby się udało !!!!
Olu , relacje ze zjazdu będą obecne gdzieś w necie ?
i jak Wam się podoba ???
Wysłałam maila z pytaniem o zapisanie do szkoły i Jędrka i Frycka ( zerówka) , oby się udało !!!!
Olu , relacje ze zjazdu będą obecne gdzieś w necie ?
pod skrzydłami piątka dzieci :)
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Bea ja już pisałam na forum ED o szkole w Koszarawie. Wkleiłam teraz info ze strony Oli i Marcina.Choć do Koszarawy mamy daleko to i tak zapisujemy tam nasze dzieci.Najstarszy w tym roku do zerówki, w przyszłym roku następny synek do zerówki . Pozostała dwójka jeszcze ma trochę czasu.
Relacje ze zjazdu będą na pewno na stronie www.edukacjadomowa.pl
Ja nie byłam
Zachorowałam na anginę, potem Mikołaj nam zachorował - jakiś wirus jelitowy, potem najstarszy synek trafił do szpitala z powodu zapalenia wyrostka (operacja) - dodam ze chirurg odesłał go do domu, wykluczył wyrostek i sami postaraliśmy się o badania na dowód ze to jednak wyrostek. Dopiero dochodzimy do siebie. W dodatku z powodu choroby synka nie stawiliśmy się z nim na badania w poradni i czekamy na nowy termin...
Dziś prawdopodobnie przypłynęła nasza paczka z Chin do Gdyni.A ja na razie czekam na dokumenty od tej firmy bo co im sie nie spieszy niestety...
Relacje ze zjazdu będą na pewno na stronie www.edukacjadomowa.pl
Ja nie byłam
Zachorowałam na anginę, potem Mikołaj nam zachorował - jakiś wirus jelitowy, potem najstarszy synek trafił do szpitala z powodu zapalenia wyrostka (operacja) - dodam ze chirurg odesłał go do domu, wykluczył wyrostek i sami postaraliśmy się o badania na dowód ze to jednak wyrostek. Dopiero dochodzimy do siebie. W dodatku z powodu choroby synka nie stawiliśmy się z nim na badania w poradni i czekamy na nowy termin...
Dziś prawdopodobnie przypłynęła nasza paczka z Chin do Gdyni.A ja na razie czekam na dokumenty od tej firmy bo co im sie nie spieszy niestety...
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
-
kasiapiw
- Generalissimus domownikuss
- Posts: 1253
- Joined: 08 Feb 2008, 17:03
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Oj to Olu mam nadzieje,ze wszystko sie powyjasnia i z chorobami i z paczka.Sciskam Wasza rodzinke bbb mocno
-
Bea
- domownik
- Posts: 137
- Joined: 18 Jun 2007, 12:36
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Olu , to będziemy miały synów w jednej klasie :)
Jak mały ten nasz kraj , hihihi :)
Zdrówka i pomyślnego pozałatwiania materiałów MM ( tak naprawdę to chciałam wiedzieć nie po co i dlaczego ,ale CO dokładnie wybrałaś z całej oferty tych materiałów ) .
Jak mały ten nasz kraj , hihihi :)
Zdrówka i pomyślnego pozałatwiania materiałów MM ( tak naprawdę to chciałam wiedzieć nie po co i dlaczego ,ale CO dokładnie wybrałaś z całej oferty tych materiałów ) .
pod skrzydłami piątka dzieci :)
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Dzięki Kasia :)
Bea - super ze chłopaki będą razem do klasy chodzic
Co do MM to gryze palce i mam teraz do zapłacenia 216 euro za zwolnienie towaru z magazynu. I tu dzwoniła do mnie pani z agencji celnej i mówi ze mnie naciagneli sporo bo takie usługi są znaczznie tańsze i ktoś chce na mnie zarobić.A ja frajer finansowy jestem po prostu. Firma nie przysłała mi jednego dokumentu bez którego nie mogę oclić.Ech... jestem bezsilna, slę meile do Chin i nic.No answer
Bea - super ze chłopaki będą razem do klasy chodzic
Co do MM to gryze palce i mam teraz do zapłacenia 216 euro za zwolnienie towaru z magazynu. I tu dzwoniła do mnie pani z agencji celnej i mówi ze mnie naciagneli sporo bo takie usługi są znaczznie tańsze i ktoś chce na mnie zarobić.A ja frajer finansowy jestem po prostu. Firma nie przysłała mi jednego dokumentu bez którego nie mogę oclić.Ech... jestem bezsilna, slę meile do Chin i nic.No answer
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
-
michał
- Gazda z Farfurni
- Posts: 2480
- Joined: 07 Aug 2007, 10:56
- Location: tam, gdzie wrony zawracają
- Contact:
Re: Edukacja domowa
My się trochę łamiemy, bo nie możemy jakoś nikogo znaleźć do pomocy, a bez tego sie nie zdecydujemy...
Na razie szukamy tylko przez znajomych, jakoś mamy opór przed całkiem obcymi z ogłoszenia.
Olaja - a czy idąc do poradni trzeba zaznaczać , że dzieci mają byc "badane" pod kątem ED?
Na razie szukamy tylko przez znajomych, jakoś mamy opór przed całkiem obcymi z ogłoszenia.
Olaja - a czy idąc do poradni trzeba zaznaczać , że dzieci mają byc "badane" pod kątem ED?
--------------------------------------------------
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
Pawik, Hancia, Niela, Bisia, Łudeczka i Tysia
- Olaja
- domownik
- Posts: 26
- Joined: 16 Feb 2008, 15:06
- Location: Wyspa Wolin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Niestety trzeba - składając podanie z prośbą o badanie trzeba zaznaczyć w jakim celu potrzebujemy opinii z poradni.Macie mało czasu niestety żeby zrobić badania. Może spróbujcie zacząć uczyć na razie jedno czy dwoje dzieci - rozkręcicie się i za rok całkowicie przejdziecie na ED.A korepetytora zawsze można zmienić...
"Choć droga jest bez końca
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
Pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody
By drogi swej nie zmieniać"
-
mawilcz
- zadomowiony
- Posts: 407
- Joined: 16 Jun 2007, 20:38
- Location: Szczecin
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Oleńko witaj
Super Cie poczytać forumowo
Super Cie poczytać forumowo
Moja dziatwa: Chrystian 1997, Marta 2000, Inez 2002, Sara 2004, Jakub 2006, Daniel 2008
- Q-mamma
- epikurejka w rozpaczy
- Posts: 6147
- Joined: 16 Jun 2007, 11:46
- Location: Tychy
- Contact:
Re: Edukacja domowa
Niestety Michał nauczycieli dzieci młodszych jak na lekarstwo ...
A do Koszarawy sama bym zapisała Weruśkę -ona wymaga naprawdę indywidualnego podejścia . Wojtek już mi się zmarnował
i jak bym miała śladowe kwalifikacje to bym nawet się zatrudniła w charakterze wieszaka 
A do Koszarawy sama bym zapisała Weruśkę -ona wymaga naprawdę indywidualnego podejścia . Wojtek już mi się zmarnował
Wronka/02/Misiek /98/ Wojtek/91/Jano/89/ 

Who is online
Users browsing this forum: No registered users