Ten tekst specjalnie dla MbL napisała idiomka: Czy matki zdrowych dzieci, kobiety, którym „nic się nie dzieje”, mają prawo do narzekania, rozumianego tutaj jako szczere i niepodkolorowane opowiadanie o swoim macierzyństwie? Czy mają prawo czuć się zmęczone i sfrustrowane? Czy otwarte mówienie o tym to oznaka słabości i rozmemłania? Czy matki mają obowiązek zawsze wyglądać pięknie i emanować szczęściem, bo są matkami? Czekamy na Wasze komentarze.
W tym tygodniu przeglądałam komentarze pod onetową publikacją na temat Mikołajka i MbL.
Nie będę już rozpisywać się o tych, którzy nie zorientowali się, jakie to smutne doświadczenie stało się udziałem Mikołajka i jego rodziców. Bo w tym przypadku trudno jest o jakikolwiek komentarz.
Raczej zainspirowało mnie coś, co cyklicznie już staje się tematem moich rozmów, rozmyślań itd.
Kiedy jakieś 2 tygodnie temu uczestniczyłam w nagraniu dla TVN na temat MbL, wspomniałam dziennikarce o stereotypach, żywcem jak z reklamy TV, które wciąż pokutują. O tym, jak zafałszowany bywa obraz macierzyństwa. Odniosłam wrażenie, że dziennikarka powątpiewała w słuszność moich poglądów i pytała, czy na pewno nadal tak jest.
Wspomniane komentarze na Onecie pokazują, że w istocie nadal dla sporej części kobiet, macierzyństwo jest takim stanem, w jakim każda kobieta powinna się spełniać i absolutnie nie powinno się narzekać.
Powtarzający się w tych wystąpieniach motyw: Mam małe dziecko, pracuję, mam wysprzątane mieszkanie, zadowolonego (w tym również seksualnie) męża, a ja co dzień jestem umalowana, uczesana, wypoczęta i nigdy nie narzekam!
Czy to jest prawdą? Czy to po prostu pobożne życzenie, próba podkolorowania rzeczywistości, aby pasowała do schematu, znanego z filmów i reklam? Chęć pokazania, że jestem inna, lepsza, od tych matek, które ośmieliły się w MbL odsłonić swoje frustracje, dylematy, kłopoty?
Chcemy czy nie, jesteśmy bombardowane przez media pewnym przekazem. Odnajduję go w reklamach, niewykluczone, że funkcjonuje również w telenowelach (dywaguję, bo szczęśliwie nie mam kontaktu z tego rodzaju produkcjami). Ten przekaz bardzo często jest jednoznaczny. Matka, nawet jeżeli jest chora i siedzi na kanapie, powinna mieć na sobie mini i szpilki. W takim samym stroju powinna zmywać podłogę. Poza tym, matka to takie stworzenie, które zawsze z czarującym uśmiechem nakłada dziecku makaron na talerz, bawi się z nim, idzie na spacer itd. Reklamy z innym przekazem to rzadkość. Chyba tylko w jednej reklamie widziałam matkę, która nie ma czasu dla dziecka, bo zmywa. A u mnie, do jasnej, ciasnej, zmywa w domu mężczyzna, a ja jeżeli nie mam czasu dla Młodego, to dlatego, że piszę tekst na tematy dość techniczne. Kompletnie nie pasuję do stereotypu kobiety, która z uśmiechem i pieśnią na ustach jest idealną matką, żoną, kucharką i sprzątaczką, bez jednej choćby wątpliwości i bez słowa skargi.
Ten stereotyp nadal funkcjonuje i na jego mocy my - kobiety pozwalające sobie na narzekania, jesteśmy gorsze, gorzej zorganizowane, słabsze psychicznie itd. Przynajmniej w oczach komentujących w necie.
Czytając takie wystąpienia, jakie obserwowałam pod tekstem o Mikołajku i MbL, mam wrażenie, że my - matki, nie mamy prawa do bycia sfrustrowanymi, do narzekania, do dostrzegania negatywnych stron macierzyństwa. Tak jakby urodzenie potomka z automatu dawało nam prawo wyłącznie do sikania ze szczęścia po nogach. Może osoby bezdzietne mają prawo do narzekań, ale my - matki, już nie. Tak, jakby decyzja o urodzeniu dziecka była automatyczną deklaracją przynależności do jakiejś sekty, w której nie ma się prawa zauważać, jakim wysiłkiem jest rodzicielstwo, z jaką odpowiedzialnością się wiąże, jakie ograniczenia przynosi naszemu życiu itd.
Parę razy, przy innych okazjach słyszałam hasło, że jeden uśmiech dziecka wynagradza rodzicom cały trud związany z jego wychowaniem.
„Jednym wynagradza, innym nie i nie ma w tym nic złego” - stwierdziła kiedyś psycholog, z którą mieliśmy kontakt w ubiegłym roku szkolnym. Najwyraźniej jednak, zdaniem niektórych, jest w tym coś złego. Bo uśmiech dziecka powinien wynagradzać i dlatego matki nie powinny narzekać.
I choć mojego syna bardzo kocham, bo jest moim najlepszym i ulubionym synem ;), choć doceniam jego inteliencję, poczucie humoru i wiele innych cech, to nie bagatelizuję tak bardzo mojego wysiłku, związanego z załatwieniem jego spraw bytowych i rozwojem, aby uśmiech mógł to wszystko wynagrodzić. Nawet jeżeli jako uśmiech rozumiemy fakt istnienia na tym świecie. A zatem, skoro nie wynagradza, to nie mam zamiaru udawać, że podczas wypełniania rodzicielskich obowiązków słowo „kurwa” nie wyrywa się mi czasami przez zaciśnięte zęby.
I ogólnie mam nienajgorsze życie :) Wiem, że daleko mu do luksusu, ale nieustanie mam świadomość, jaka mogłaby być alternatywa. I nie mam tu na myśli tylko pracowników na cmentarzysku statków w Indiach czy najtańszych wyrobników w Chinach. Pamiętam, jak niewiele brakowało, abyśmy z Młodym 12 lat temu wylądowali w jakimś przytułku. Wiem, że dla kobiet w mojej sytuacji życiowej (samotnych matek, bez finansowego wsparcia rodziny) bardzo często ubóstwo jest na wyciągnięcie ręki. Dlatego bardzo cenię sobie moje życie, tym bardziej, że tak wiele w nim zawdzięczam sobie. Jestem z siebie dumna i czasami - zadowolona ;)
Bo wiem, jaka mogłaby być alternatywa. Ale wiem również, że gdyby nie Młody, byłoby mi łatwiej. Świadomie wzięłam 12 lat temu (akurat niedługo minie kolejna rocznica) na siebie całość obowiązków i wywiązuję się z tego najlepiej, jak potrafię. Ale, do cholery! Nie jestem robotem, nie będę trwała z debilnym uśmiechem na wiecznie zadowolonej twarzy, bez względu na to, jak będę się czuć. Nie będę udawać, że moim ukochanym odzieniem na czas grypy są minispódniczka i szpilki, tylko dlatego, że takie wizerunki są propagowane np. w mediach.
Sama sobie daję prawo do narzekania, jeżeli będę mieć na to ochotę.
Tekst publikujemy w ramach akcji "Macierzyństwo bez lukru", inicjatywy charytatywnej matek-blogerek, szczegóły znajdziecie tutaj.
moja odpowiedź jest taka:
Masz prawo do narzekania, ale inni maja prawo tego nie słuchać